Podróż:
Nasz wyjazd do Erytrei do końca stoi pod znakiem zapytania ze względu na chorobę Olafa. Ostatecznie Olaf dobrzeje, a Tomek po spędzeniu pol dnia (!) na reorganizacji naszej logistyki zmienia rezerwację i wyruszamy do Afryki. Zamiast planowanych 6 dni, spędzimy w Erytrei tylko 4 noce. Zawsze jednak lepsze to niż nic!
Do Asmary, stolicy Erytrei, lecimy przez Kair. Pan na lotnisku w Kairze patrzy na nasze karty pokładowe i ze zdziwieniem pyta: lecicie do Asmary? Z dziećmi? Ale po co?:)




No cóż, zdecydowanie nie jest to popularny kierunek turystyczny, o czym przekonujemy się będąc na pokładzie samolotu, jesteśmy tam jedynymi białymi i wydaje się że również obcokrajowcami! Pasażerowie mają ogromne bagaże podręczne, z trudem mieszczą je w lukach bagażowych. Widać że ludzie przewożą z do Erytrei różne towary, najwyraźniej musi im brakować wszystkiego w izolowanym od świata kraju. Erytrea ma zamknięte granice lądowe z wszystkimi sąsiadującymi krajami czyli Sudanem (tam trwa wojna), Etiopią oraz Dżibuti – wszędzie mają konflikty terytorialne.
Ogromną atrakcją dla chłopców jest podróż w luksusowych warunkach najwyższej klasy Egyptair. Pomimo późnej pory, Olaf z Guciem są tak podekscytowani że nie są w stanie zmrużyć oka. Przylatujemy na miejsce około 3ciej nad ranem po 3h lotu.
Asmara:
Z samolotu wychodzimy powoli co okazuje się naszym przekleństwem. Kolejka do odprawy paszportowej nie jest może zbyt długa, ale odprawa każdej osoby zajmuje mnóstwo czasu. Jest środek nocy, jesteśmy zmęczeni i dość zniecierpliwieni. Ostatecznie udaje nam się przejść przez odprawę, ale prawdziwy chaos jest dopiero przy odbiorze bagażu. Niezliczone ilości toreb i paczek znajdują się na podłodze, zapełniając całą halę. Dość szczegółowo szukamy naszych bagaży, jest ich 5 sztuk (!) bo oprócz rzeczy osobistych przewozimy również 2 duże torby zabawek i ubranek dla lokalnych dzieci oraz 3 Starlinki dla naszego przewodnika. Okazuje się że żadne nasze bagaże nie dojechały i prawdopodobnie przylecą z Kairu dobę później! Nie mamy przy sobie żadnych rzeczy na zmianę ani kosmetyków, no ale trudno- znosimy to z godnością 🙂
Trzeba zacząć, że Erytra to bardzo młody kraj, uzyskała niepodleglość w 1991 (uznana przez UN w 1993) i od tego czasu jest ten sam prezydent.. wyborów nie było żadnych od 1991.
Po późnej pobudce wyruszamy zwiedzać Asmarę. Erytrea w latach 1891-1942 była pod panowaniem Włochów, i do dziś widać silne ich wpływy- zarówno w architekturze Asmary jak i w lokalnej kuchni i umiłowaniu do pizzy i kawy. W szczytowym momencie przed II W.Ś. w samej Asmarze mieszkało aż 75 000 Włochów, a miasto znane było jako Rzym Południa. Faktycznie zabudowa miasta przypomina tą włoską, z tą różnicą że od lat 40-stych niewiele zostało wyremontowane więc większość budynków jest w dość opłakanym stanie. Najpopularniejszym jest typowy budynek w stylu Art Deco – Fiat Taglieri. W Asmarze na każdym kroku można spotkać kawiarnie oraz mnóstwo pizzerii i trattorii- czujemy się trochę jak we Włoszech tylko bardziej zubożałych (Kalabria?). Stolica Erytrei słynie również z wielokulturowości- obok siebie żyją tu muzułmanie, katolicy, wyznawcy prawosławia oraz nieliczna już grupa judaistów. Po kolei zwiedzamy różne świątynię- kościół i szkołę prawosławna, katedrę i Kościół katolicki oraz synagogę. Mieszkańcy Erytrei są bardzo religijni ale żyją obok siebie bez konfliktów. Najwyraźniej jest też bardzo bezpiecznie, nasz przewodnik nigdy nie zamyka samochodu, pomimo tego że zostawiamy tam różne swoje rzeczy. Ten poziom bezpieczeństwa niesamowicie nas zaskakuje..








Odwiedzamy także szkołę niedzielną koscioła prawosławnego:
Prawdziwą gratką jest jednak zwiedzanie lokalnego kina Roma (a jakże!) które zostało wybudowane ponad 100 lat temu. Klimat miejsca jest jedyny w swoim rodzaju. Stare, składane fotele w kolorze czerwony, archaiczny sprzęt do wyświetlania taśm z filmem i ekran, a do tego obrazy ilustrujące kultowe amerykańskie i europejskie produkcje sprzed kilkudziesięciu lat. Miejsce wzbudza wyobraźnię i przypomina nam kultow film Cinema Paradiso!
Tego samego dnia obowiązkowo odwiedzamy kawiarnie i pocztę ze skrytkami pocztowymi, która została również wzniesiona 100 lat temu…. I nadal jest użytkowana w taki sam tradycyjny sposób! W niedzielę wszystko jest zamknięte, ale nasz przewodnik ma dobre kontakty na mieście..





Miasto jest niezwykle klimatyczne, czujemy się tak jakbyśmy wehikułem czasu przenieśli się do lat 20-40-stych XX w. Znamienne jest to że ze względu na brak internetu w miejscach publicznych, ludzie spędzają ze sobą czas na rozmowach przy kawie. Nie widać nikogo kto patrzy w telefon. To jest piękne! Popołudniu jedziemy jeszcze do lokalnego kolekcjonera staroci. W jego kolekcji możemy zobaczyć min stare aparaty fotograficzne, zegary, monety, samochody oraz dużo, dużo więcej artefaktów sprzed lat. Dzieci są zachwycone ale i dla nas jest to całkiem ciekawe doświadczenie. Wieczorem po kolacji przewodnik zabiera nas jeszcze na lokalne wesele… które liczy sobie ponad 200 osób i składa się tylko z rodziny pana młodego (rodzina pani młodej schodzi sie na imprezę tradycyjnie w ciągu dnia). Ludzie są bardzo przyjaźni, uśmiechnięci, mają na sobie piękne tradycyjne stroje. Kobiety wydają się mieć wygolone włosy na czole, chyba to jakaś lokalna tradycja, której jednak nie zgłębiliśmy. Lokalny trunk smakuje jednak średnio.


W nocy Tomek o 3ciej odbiera nasze walizki z lotniska – wszystkie doleciały – jesteśmy uratowani!
Od razu rano jedziemy zawieźć te walizki do lokalnego sierocińca. Zaskakuje nas tam porządek i znowu niesamowicie mili ludzie. Spotykamy się z panią Dyrektor, przekazujemy 50kg zabawek z Polski. Olaf i Gucio czują sie nieswojo, ale właśnie chcieliśmy żeby zobaczyli jak wygląda życie dzieci w sierocińcu w Afryce.
Wyjazd od Asmary:
Asmara jest położona na wysokości 2.500 m n.p.m. więc w mieście jest przyjemnie ciepło w ciągu dnia, a nocą temperatura w listopadzie spada do 10-12 stopni. Kolejnego dnia wyruszamy z Asmary na wybrzeże do miejscowości Massawa. Massawa ma zupełnie inny klimat, jest tu strasznie gorąco i wilgotno, również w nocy. Podróż samochodem trwa 3 godziny, po drodze zatrzymujemy się na lokalny przysmak- jogurt naturalny który miejscowi serwują z solą i chilli. Po drodze mojamy urocze góry. Drogi dobre i nieźle utrzymane. Olaf po raz pierwszy aktywnie czyta na wyjeździe książkę “Dzieci z Bulerbyn” – jesteśmy z niego bardzo dumni!
Massawa to miasto położona na kilku wyspach połączonych ze sobą groblami i składa się z 2 części – starego i nowego miasta. W starym mieście widać w architekturze silne wpływy arabskie z XVIII i XIX w. W trakcie 30- letniej wojny między Erytrea a Etiopia (lata 1961-1991) zabudowania uległy poważnym uszkodzeniom, co ciekawe do dnia dzisiejszego pozostają w stanie nietkniętym od 33 lat! W gruzach widać sznurki z suszącym się praniem, ludzie mieszkają w takich warunkach! To jest dopiero stan umysłu
Zwiedzamy tam m.in. port, najstarszy meczet w Afryce z VII w. oraz ciekawe muzeum pokazujące prahistorię Erytrei, jej florę i faunę oraz historię współczesna. Dwa razy jedziemy też na lokalną plażę, woda w morzu czerwonym jest jak ciepła zupa, dzieciaki chlubią się w wodzie, a my delektujemy się ciszą i spokojem przy braku internetu i łączności telefonicznej (żaden operator z PL nie ma umowy roamingowej z Erytreą). Na plaży zostajemy aż do zapadnięcia zmroku, wokoło jest ciemno, widzimy idealnie rozgwieżdżone niebo i drogę mleczną. Co ciekawe, na horyzoncie nie widać ani jednego samolotu, tylko satelity
Czujemy sie jakbyśmy byli na końcu świata 🙂

















W drodze powrotnej robimy jeszcze drobne zakupy i wylatujemy z Erytrei w środku nocy do Egiptu. Po porannym przylocie i 3h snu w hotelu na lotnisku, pokazujemy chłopcom piramidy w Gazie. Robią na nich wrażenie, zwłaszcza gdy wchodzimy do jednej z nich 😉 Byliśmy tam we dwójkę w 2007 (a więc 17 lat temu). Piramidy się nie zmieniły, naganiacze i naciągacze też. Natomiast Kair bardzo sie rozrasta i widać ten ogromny wzrost. Dość powiedzieć, ze w 2007 w Egipcie mieszkało 82 miliony ludzi, a dzisiaj jest ich 113milionów!!!
Wracamy do Warszawy. Zmęczeni, ale szczęśliwi. Znowu widzieliśmu fajny kawałek Świata!
