Przylot:
Do Malabo, stolicy Gwinei leci się tylko 20 minut z Malabo. Po przylocie przeżywamy pierwszy szok, lotnisko w Malabo to Porsche w porównaniu ze skromnym w Douala w Kamerunie. Okazałe, przestronne i nowoczesne, wygląda lepiej niż Okęcie w Warszawie! Lotnisko to obsługuje tylko 3 loty na dobę, więc zastanawiamy się po co ten rozmach.. a to dopiero początek. Po przylocie mijamy 7 punktów kontroli, sprawdzane jest wszystko -wiza, paszport, bagaże, torby podręczne, boarding passes (na zakończony lot!). Po odbiorze bagażu przy wyjściu z lotniska jeszcze jedna kontrola – sprawdzenie czy odebrany bagaż zgadza się z tagiem bagażowym😅 Z lotniska odbiera nas agentka z kierowcą..zabierają nas do hotelu który znajduje się kilka minut jazdy z lotniska. Droga do hotelu to 3 pasmowa autostrada, wzdłuż której rozciąga się pas zieloni z licznymi doniczkowymi roślinami.. zupełnie pusta! Hotel również robi wrażenie- jest ogromny, dość nowoczesny, więcej jednak jest tam obsługi niż gości hotelowych.
Chill w Gwinei
Przy recepcji spotyka nas pierwsze rozczarowanie- ponownie (to już 3 hotel z rzędu) został nam przydzielony pokój z dwoma pojedynczymi łóżkami. Tomek wchodzi w dyskusję z agentką na temat ceny- okazuje się że jej plan podróży zakłada inny hotel i poziom kosztów niż ten który został nam przesłany przed przyjazdem. Agentka krzyczy na nas i ogólnie dziwnie się zachowuje więc decydujemy się nie kontynuować z nimi współpracy.
Pani z recepcji przeprasza za agentkę i swoją krajankę i.. oferuje nam 2 pokojowy apartament i kierowcę z samochodem w bardzo atrakcyjnej cenie. Brzmi super!
Po śniadaniu kierowca zabiera nas do centrum Malabo. Spodziewamy się kolonialnej zabudowy (rządzili tu Hiszpanie). Architektura jest raczej skromna i niezbyt okazała.. za wyjątkiem Pałacu Prezydenckiego- ten robi wrażenie!Jak się okazuje Gwinea R. od ponad 45 lat rządzi ten sam prezydent i jest to najdłużej panujący władca na świecie! Pałac jest ogromny, widać że prezydent jest megalomanem. Kraj liczy sobie niecale 2 mln mieszkańców, a pałac jest chyna większy niż ten w Wersalu.
Błyskawicznie pojawiają się przy nas żołnierze patrolujący pałac, nie możemy robić teraz zdjęć (ponoć zaraz ma wyjechać prezydent..) Za rogiem spotykamy białych żołnierzy, to Rosjanie/ jacyś Kadyrowcy. Oczywiście jeden reżim wspiera drugi.
Na ulicach pusto, szczególnie w porównaniu z Kamerunem i tamtejszym “pierdolnikiem afrykańskim”. Tutaj dla odmiany mamy szerokie, kilkupasmowe drogi, ogromne budynki rządowe (biurokracja ma się dobrze tutaj), przy Oceanie- kilometry nowej kompletnie pustej promenady, place zabaw, knajpy, pełna infrastruktura – tylko ludzi brak. Po szybkim obejrzeniu centrum jedziemy do nowoczesnej dzielnicy Sepopo. Tutaj mieszkają najbogatsi- widać piękne wille, pole golfowe, nowoczesne centrum handlowe. Chcemy pojechać na plażę więc zatrzymujemy się w hotelu Sofitel. Na plaży jest mnóstwo pięknych muszelek wiec chłopcy przepadają na 2 godziny. Mamy chwile spokoju bo ogólnie jest z nimi intensywnie:) zostajemy do zachodu słońca. Po powrocie wskakujemy do naszego hotelowego basenu. Olaf uczy mamę przepłynąć długość basenu po dnie. Woda jest idealnie ciepła, delektujemy się każdą chwilą. Kolejnego dnia spędzamy dzień leniwie- wchodzimy z tryb afrykański. Powolne śniadanie, później idziemy na basen. Poziom życia w Gwinei Równikowej jest na dość wysokim poziomie, postanawiamy więc oddać zabawki dzieciom z sierocińca. W Gwinei jest tylko jedna taka placówka. Jedziemy tam bez zapowiedzi, dyrektorka milo nas wita, choć nie mówi po angielsku więc dogadujemy się na migi. Dobry uczynek zostaje spełniony!
Powrót do PL
Rezygnujemy z wyjazdu na plażę bo pada ulewny deszcz. W hotelu trwają przygotowania do Walentynek, my pakujemy się do powrotu do Polski. Czeka nas długa podróż powrotna- 3 samoloty, 24 godziny w podróży. Tomek robi nam niespodziankę, na lotnisku okazuje się że cała podróż odbędziemy biznesem.
W sumie cała podróż zajmuje nam ponad 24 godziny. Najpierw czeka nas lot z Malabo do Frankfurtu, z międzylądowaniem w Lagos, stolicy Nigerii. Z Frankfurtu lecimy do Zurychu, tam mamy 7 godzin (!!!) przerwy, a następnie lot do Warszawy. W Zurychu jest słoneczna pogoda więc postanawiamy pokazać chłopcom centrum, do którego jedziemy tramwajem z lotniska. W sumie podróż mija jednak bardzo sprawnie i szybko. Wracamy cali i zdrowi do domu, czas planować kolejny wyjazd!



















