Jak do tego doszło? Nie wiemy..
Byliśmy z Agatą na tydzień we Francji. Bez dzieci, ze znajomymi. Typowy wyjazd co kwartał. Chill, hotele adults only, dużo sportów.. no i właśnie, poszliśmy biegać ze znajomymi z Hiszpanii, krawężnik był bardzo wysoki i chrup. Kostka Agaty skręcona, ścięgno (mocne jak cholera!) pociągnęło tak kość że ją złamało w 2 z przemieszczeniem!
Zmiana planów, przygotowania
A my tu wakacyjna podróż zaplanowana na 4 tygodnie. 6 krajów: Curacao (Holandia), Surinam, Gujana Francuska, Gujana, Wenezuela i USA, ponad 15 lotów, spływy łódkami, Amazonia, trekkingi – warunki trudne dla połamanej nogi. Agata się waha po powrocie do Warszawy i serii prześwietleń, nie śpi po nocach, walczy z myślami… ale jednak 2 dni przed wyjazdem decyduje ze tym razem pass. Jedziemy sami z chłopcami. No i z Domi, Cyprianem, Alexem i Antosiem. 1 Domi i 6 chłopa. Będzie się działo! Skracamy plan podróży do 3 tygodni, tzn wycinamy z niego Wenezuelę i Angel Falls (najwyższe wodospady świata), które zostawiamy na kolejny wyjazd. Trzeba tu dodac, że to nie jest łatwy logistycznie wyjazd i był przygotowywany przez nas przez co najmniej 3 miesiące. Wizy w ambasadzie Gujany w Brukseli, negocjacje z agencjami w poszczególnych krajach etc. Na dzień przed wyjazdem (musimy jeszcze polecieć pod dzieci do Wrocławia) przerażenie Tomka, ponieważ wiza Olafa do USA wygasła 3 tygodnie wcześniej. Na szczęście udaje mu się zrobic ESTA do wjazdu do USA – cieszymy się że Olaf ją dostał, bo my (Agata i Tomek) takiego szczęścia nie mamy (jesteśmy na jakiś czarnych listach) i musimy miec wizy do USA 😉
Wyjazd. Nowy Jork. Spotkanie i loty do Curacao.
Tomek z chłopcami pakują się niesamowicie. We 3 mają 1 torbę 19kg i plecak podręczny 12kg. Są zwinni jak nigdy. Ostatnie pożegnanie z Agatą (były łzy) i na lotnisko. Uwielbiamy latać LOTem (są wyjątkowo czuli na nasze zmiany, odwołania i doceniają stałych klientów). Lot do NYC mija nam szybko, Olaf czyta pół książki w trakcie lotu. Chłopaki przesypiają też ponad 2h. W NYC najszybsze immigration w historii, kolejka i kontrola zajmują… 7 minut. W hotelu spotykamy się z Domi, Cyprianem i chłopcami, którzy do NYC przylecieli 5 dni wcześniej. Dzieci są wniebowzięte, że spędzą ze sobą kolejny urlop! Następnego dnia rano lecimy przez Bogotę do Curacao. Lot kolumbijską Aviancą znowu jest opóźniony (podobnie było pół roku temu na locie z Ekwadoru), ale zdążamy. Curacao jest kolonią holenderską i chodź nie należy do UE, to jednak jest częścią Holandii. Immigration zajmuje… 3h. Obsługa jak w głębokiej Afryce, nie wyrabiają się z tą ilością pasażerów i ruchu lotniczego (jest szczyt sezonu).





Curacao – rajskie plaże i woda, ale wyspa bez szału
Wyspa Curacao to nasz… jedyny pobyt wakacyjny na tym wyjeździe. Z 3 wysp holenderskich nazywanych ABC, tzn Aruba, Bonaire i Curacao wybralismy tą ostatnią jako największą i najciekawszą. Hotel Marriott Beach Resort jest stosunkowo nieduży, położony przy rajskiej plaży, z częścia dla dzieci i dla dorosłych, 15 minut jazdy od lotniska. Dzieciaki bardzo szybko odnajdują się pomiędzy basenem, plażą i komputerami w centrum biznesowym. W ich wieku kreatywność jest niesamowita.
Tomek z Cyprianem 2x idą na piesze wycieczki, eksplorując teren. Najpierw Hiszpanie, a potem Holendrzy wykarczowali wyspę, więc jest trochę jałowa w wyglądzie, pomimo, że kiedyś była porośnięta dżunglą. No cóż.. Wypożyczamy też auto, objeżdżamy wyspę. Plaże robią wrażenie, ładna jest też stolica Willemstad, reszta wyspy – niewiele ciekawego szczerze mowiąc. Widzimy czerwone flamingi w jeziorze oraz grotę, która była częścia dna morskiego, ale w wyniku działań wulkanicznych wypiętrzyła się i jest teraz częścią wyspy. Ładna. Odwiedzamy też fabrykę znanego na całym świecie likieru Curacao. Nic specjalnego.
Willemstad to ciekawa kombinacja kolonialnej zabudowy (pięknie utrzymanej) i biznesu nastawionego na wielkie wycieczkowce, które w ciągu dnia zawijają na kilka h. W tym czasie stare miasto musi obsłużyć kilka tysięcy turystów ze statku.. Nad miastem dominuje potężny most, pod którym muszą zmieścić się tankowce do pobliskiej rafinerii. A na starym mieście jest wielki most dla przechodniów, który dla statków otwiera na bok.
Chillujemy się w hotelu i okolicznych restauracjach na plaży, dogrywamy plan na intensywne kolejne tygodnie. Chłopcy nurkują, oglądają rafy przy brzegu. Jest rajsko. Wszystko jest dobrze przygotowane na mix Holendrów, Europejczyków, Amerykanów i innych nacji, także z Ameryki Południowej, które tutaj przyjeżdzają.
Po 5 dniach zbieramy się na lot do Paramaribo w Surinam. Na lotnisku dowiadujemy się, że jest opóźniony o… 6h. Air Surinam nie robi na nas dobrego 1. wrażenia. No cóż… taki żywot włoczykijów!































Brzmi jak początek mega planu, zastanawiam się czy brak Agaty powoduje że doznawane emocje nie są tak intensywne i miasteczka nie robią na Was takiego wrażenia?