Z Paramaribo do Georgetown, czyli prosecco-tour
Budzik o 5:00 rano. Wyjazd o 5:30. Cel? Zdążyć na prom o 10:00, który miał nas przewieźć z Surinamu do Gujany. Sameer wciska gaz do dechy, my bez śniadania, dzieci w trybie zombie, ale jakoś dojeżdżamy. Na miejscu paszporty, kontrola, a dzieciaki w nagrodę dostają „lokalne przysmaki” z baru, czyli chipsy i nuggetsy w klimacie „międzynarodowe doświadczenia kulinarne”.
Dopiero na miejscu dowiadujemy się, że w wakacje promy kursują… cztery razy dziennie. A my mogliśmy spokojnie pospać. Nawet Cyprian sprawdzał, sprawdzał i nie znalazł tego info.
Przeprawa trwa pół godziny, a dzieciaki wchodzą na mostek kapitański i bawią się w kapitanów. My w tym czasie robimy nasze codzienne pompki (4×26) w pełnym słońcu, więc z mostku musieliśmy wyglądać jak grupa uciekinierów z obozu treningowego Navy Seals.
Na granicy czeka nas mała niespodzianka – mimo że mamy piękne wizy wbite w paszporty (prosto z ambasady Gujany w Brukseli!), to brakuje jakichś dodatkowych dokumentów online. Internetu brak, więc kombinujemy. Całe szczęście Antoś dzielnie trzyma kolejkę dla całej siódemki przez godzinę, a Cyprian kupuje kilka butelek prosecco, żeby stres szybciej odparował.
W końcu jesteśmy! Kraj nr 98 na liście Olafa! 🚀





Prosecco road trip
Zgarniamy busa do Georgetown. W środku my, Japończyk, Surinamczyk i Gujanka (chyba?). Jest 11:30, a Cyprian otwiera pierwszą butelkę prosecco. My nadal bez śniadania. Miny współpasażerów, gdy przed 13:00 Cyprian otwiera trzecią butelkę i Aperola? Bezcenne. Podróż trwa cztery godziny, ale w naszej wersji mija szybciej niż 1 godzina.

Pierwsze wrażenia z Gujany
Drogi gorsze, Georgetown skromniejsze niż Paramaribo czy Cayenne. Angielski niby jest, ale tak lokalnie przetworzony, że czasem zastanawiamy się, czy to na pewno ten język.
Kraj ma raptem 800 tys. mieszkańców, ale za to ogromne złoża ropy – porównywalne do Wenezueli. Na rzece powstaje gigantyczny most, a w dżungli… wciąż nie ma wytyczonych granic z sąsiadami. Normalka.
Georgetown od kuchni
Hotel przy oceanie, niby fajnie, ale basen w remoncie – dzieci płaczą, rodzice też trochę. Samochód? 7 osób w pięcioosobowym aucie, bo większego w całym mieście nie ma. Paramaribo miało kolonialny urok, Cayenne – francuski porządek, a Georgetown… no cóż, „work in progress”.
Największe wrażenie robi Stabroek Market – wielki, chaotyczny jarmark, gdzie można kupić wszystko od owoców po części do roweru. Do tego tropikalna ulewa, która sprawia, że klimat jest jak w filmie przygodowym z lat 80.
Obejrzeliśmy parlament, most tymczasowy i ten nowy, budowany z rozmachem. Szału architektonicznego brak, za to ciekawe jest to, że całe miasto leży… 2 metry poniżej poziomu morza. Na szczęście Holendrzy dawno temu postawili gigantyczny falochron, bo inaczej Georgetown już dawno byłoby wersją karaibskiej Wenecji.












Podsumowanie
Nie starczyło nam czasu, żeby zobaczyć słynne wodospady Kaieteur (odkładamy na później – i tak mamy opłacony Angel Falls w Wenezueli). Przez to nasz ogólny obraz Gujany jest trochę najsłabszy z całej trójki Gujan… ale może to wina braku basenu i dobrego śniadania. 😉
Wylot
Lotnisko jest 60 km od miasta, w głąb kraju. Po drodze sporo budów, więc boom naftowy chyba faktycznie nadciąga. Wsiadamy do samolotu i lecimy prosto do Nowego Jorku – ostatniego przystanku naszej 3-tygodniowej podróży.
Uzyteczne infomacje: wynajem auta (podstawione pod hotel) – Express Auto Rental: +592 712 3244




