Kourou, Gujana Francuska 14 sierpnia 2025

Paramaribo -> Gujana Francuska

Podróż z Paramaribo, stolicy Surinamu, do granicznej Albiny zajmuje raptem dwie godziny. Droga? Zaskakująco dobra. W aucie buzują emocje – w końcu za chwilę czeka nas kolejny kraj!

W Albinie nasz kierowca Sameer wysadza nas nad ogromną rzeką graniczną. I tu zaczyna się show: z miejsca otacza nas grupa lokalnych „przewoźników”, każdy chętny, żeby nas zabrać na drugi brzeg. Krótkie negocjacje, ustalamy cenę – i już siedzimy w małej łupince, która podskakując na falach, przenosi nas do Gujany Francuskiej. Po kilku minutach jesteśmy „we Francji”… a roaming działa jak w domu! Internet wrócił, dzieciaki zachwycone.

Przed nami jeszcze około 200 km do Kourou, gdzie mamy nocleg. Samo dogadanie się z kierowcą zajmuje prawie godzinę, a kiedy w końcu ruszamy, okazuje się, że trafiliśmy na prawdziwego szaleńca. Nasze dzieci próbują zagłuszyć głośną muzykę swoimi opowieściami, on próbuje zagłuszyć dzieci muzyką. Trochę się udaje, ale do przyjemnych podróży ten przejazd nie należy.

Pierwsze wrażenie z Gujany Francuskiej? To trochę jak „biedniejsza Francja”. Carrefoury, croissanty, francuskie znaki drogowe – i niestety, także ta klasyczna francuska nieuprzejmość.

Wieczorem meldujemy się w hotelu Atlantis w Kourou. Dzieciaki od razu przejmują basen. Jaki komfort – wszyscy już pływają, więc mogą sami się pilnować. A my możemy nareszcie odetchnąć.

Więzienie i wyspy Papillona

Następnego dnia plan mamy ambitny – chcemy odwiedzić słynne więzienie z filmu Papillon. Kojarzycie? Kompleks położony jest na trzech wyspach, zaledwie kilka kilometrów od Kourou. Budzik dzwoni o 6:00 rano, pełni entuzjazmu ruszamy organizować wycieczkę… i tu kubeł zimnej wody: wszystkie rejsy są wyprzedane na tydzień do przodu. Zero szans, żeby się dostać.

O 8:00 już prawie odpuszczamy, kiedy Tomek cudem zdobywa numer do pewnego Bruce’a. A Bruce? Bruce ma speedboata. Szybką łódź, wolne miejsce i plan, żeby w godzinę zabrać nas na wyspy. Cena? 500 EUR. Decyzja? Raz się żyje. I już wiemy, że polubimy Bruce’a. 🚤

Historia, która mrozi krew w żyłach

Więzienie działało przez ponad 100 lat – aż do 1953 roku. Skazani trafiali tu prosto z Francji i praktycznie nie mieli szans na wolność. Zabijały ich malaria i żółta febra, a jeśli ktoś (nieliczne 10%) doczekał końca wyroku, musiał zostać w Gujanie jeszcze drugie tyle. Powrót do Francji? Niemożliwy.

Kompleks rozciąga się na trzech wyspach. Zwiedzamy dwie z nich. To, co robi wrażenie: na jednego więźnia przypadały aż trzy osoby obsługi – które mieszkały tam całymi rodzinami. Prądy i rekiny skutecznie uniemożliwiały ucieczkę wpław. Cele? Małe, duszne, wciąż widać resztki murów.

Na wyspie, gdzie trzymano więźniów o lżejszym rygorze i mieszkały rodziny pracowników, działa dziś restauracja z widokiem na Kourou i kosmodrom. Zderzenie historii z teraźniejszością jest naprawdę mocne.

Spotkanie z małpami i oceaniczny finał

Podczas zwiedzania dopada nas chmara lokalnych małp – dzieciaki bez wahania oddają im wszystkie snacki. A potem… nagrywają własne muzyczne reelsy. Kreatywność nie zna granic. 🎶

Na koniec wskakujemy do oceanu podczas przypływu. Chłopcy są wniebowzięci, a my – szczerze mówiąc – też. Cała wycieczka trwa ponad 6 godzin i jednogłośnie uznajemy, że rejs z Bruce’em był o niebo lepszy niż te wielkie, komercyjne katamarany. Szybciej, bliżej, bardziej autentycznie.

Stolica Cayenne. Centrum Kosmiczne w Gujanie Fracuskiej.

Nagle trafia do nas wiadomość: 12 sierpnia ma wystartować rakieta Ariane 6! Decyzja zapada błyskawicznie – zostajemy w Kourou dzień dłużej, żeby zobaczyć ten kosmiczny spektakl. Problem w tym, że w hotelu… brak miejsc. Ale Domi wymyśla sprytną intrygę i jakoś udaje się przedłużyć pobyt. Uff.

Atmosfera w hotelu robi się bardziej „techniczna” – nagle zjeżdżają się tłumy specjalistów z ESA (Europejskiej Agencji Kosmicznej). Ewidentnie wszyscy szykują się do startu.

W międzyczasie udaje nam się (po sporym wysiłku!) wynająć dwa samochody i ruszamy na krótką wycieczkę do Cayenne – stolicy Gujany Francuskiej, oddalonej o godzinę drogi od Kourou. Nazwa „Cayenne” wyjątkowo wpada w ucho chłopcom – zwłaszcza że podczas jazdy gramy w zgadywanie stolic. Sama stolica… nie powala. Ale nadrabia piękną, szeroką, piaszczystą plażą, na której naprawdę można złapać klimat Karaibów. 🌴


Wizyta w Centrum Kosmicznym

Kolejny dzień spędzamy już z powrotem w Kourou, gdzie czeka na nas zwiedzanie Centrum Kosmicznego Gujany Francuskiej. Z powodu przygotowań do startu rakiety niestety nie możemy wjechać na platformy startowe (a są aż trzy: Ariane 5, Ariane 6 i Sojuz – ten ostatni obecnie nieaktywny).

Samo centrum to ogrom – rozciąga się na ponad 20 km! Dla turystów przygotowano nowoczesne centrum zwiedzania, które robi wrażenie, choć brakuje mu nieco amerykańskiego „wow” rodem z NASA. No i całość jest oczywiście po francusku 😉.

Dzieciaki i tak są zachwycone – mogą podejrzeć budowę rakiety, dotknąć jej elementów i na chwilę poczuć się jak mali inżynierowie ESA. A my? Mamy wrażenie, że jesteśmy w samym sercu wielkiego, kosmicznego projektu.

Start rakiety!

Cały wieczór podporządkowany jest jednemu wydarzeniu – startowi rakiety Ariane 6, zaplanowanemu na 21:37. Chłopcy z niechęcią wychodzą z ukochanego hotelowego basenu, pakujemy się do auta i jedziemy na wybrzeże, żeby podziwiać to widowisko.

Dlaczego właśnie Gujana Francuska? Jej największa przewaga nad innymi kosmodromami, jak choćby Cape Canaveral na Florydzie, to położenie blisko równika. Dzięki temu potrzeba mniej paliwa, by wynieść ładunek na orbitę – a ten lot ma wyjątkową misję: dostarczyć na orbitę nowoczesnego satelitę meteorologicznego.

I nagle – jest! Kula ognia rozświetla niebo tak, że robi się jasno jak w dzień. Rakieta powoli unosi się ku górze, świetlista smuga staje się coraz mniejsza. Po kilkunastu sekundach dociera do nas huk startowy – potężny, dudniący, taki, że całe ciało drży. Telefon i nagrania nie są w stanie oddać tego wrażenia.

Rakieta z gigantyczną smugą gazów jest widoczna jeszcze przez około trzy minuty – choć w tym czasie pędzi już z prędkością… 8 kilometrów na sekundę! To doświadczenie, które trudno porównać z czymkolwiek innym.

Powrót do Surinamu

Następnego dnia wcale nie jest łatwo się zebrać – start rakiety uczciliśmy przy winie i rumie Ti Punch ;), więc poranek idzie nam wyjątkowo opornie. Czeka nas jednak 200 km do przejechania dwoma autami – dokładnie tą samą drogą, którą pokonywaliśmy kilka dni wcześniej.

W St. Laurent oddajemy samochody i ponownie przeprawiamy się przez rzekę graniczną. Tym razem robimy mały „trik podróżniczy”: unikamy oficjalnej odprawy paszportowej, co oznacza, że nie musimy po raz kolejny kupować wiz do Surinamu. A ponieważ przy wjeździe do Gujany Francuskiej nie wbito nam pieczątek, w paszportach wygląda to tak, jakbyśmy wcale nie wyjechali. Sprytne rozwiązanie. 😎

Na drugim brzegu już czeka na nas niezawodny Sameer, który przez kolejne dwie godziny wiezie nas do „naszego” hotelu Marriott w Paramaribo. Tam odbieramy zostawione wcześniej rzeczy i… oddychamy z ulgą po całym dniu w drodze.

Ale to jeszcze nie koniec. Już szykujemy się na kolejny etap – całodniową przeprawę do Gujany, która ma być jedną z najbardziej wymagających części całej wyprawy.

Podsumowanie Gujany Francuskiej

Z perspektywy całej wyprawy możemy śmiało powiedzieć: to była świetna decyzja. Gujana Francuska – choć formalnie nie jest krajem uznawanym przez ONZ – okazała się absolutnie warta odwiedzenia.

Zaskoczyła nas świetną infrastrukturą: drogi w idealnym stanie, czystość, dobre restauracje i naprawdę smaczne jedzenie. Obsługa? Typowo francuska – czyli z pretensjami i po francusku 😉. Ale to już trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza i… po prostu się uśmiechnąć.

Polecamy hotel Atlantis w Kourou.

Numer tel. do Bruce, który ma szybką łódkę na wyspy więzienia Papillona: +594 694 45 69 11 (whatsapp)

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Inne wpisy z podróży

Podsumowanie Curacao, 3xGujana i NYC. Epilog w Wenezueli w listopadzie.

Najpierw dramat ze złamaną nogą Agaty na tydzień przed wyjazdem. W ostatniej chwili decyzja, że Agata jednak zostaje w Warszawie. Zmiany lotów, hoteli i innych rezerwacji. Lecimy we 3 do Nowego Jorku, spotkanie z Domi/ Cyprianem i dziećmi i przeskok na Curaçao, gdzie wszystko jest tak kolorowe, że nawet Instagram potrzebuje okularów przeciwsłonecznych. Pastelowe domki, […]

Czytaj dalej

✈️ Nowy Jork z dziećmi – 3 dni w Wielkim Jabłku

Nowy Jork z dziećmi w 3 dni – sprawdź naszą przygodę w Wielkim Jabłku! Najlepsze atrakcje: World Trade Center, Statua Wolności, Central Park, Empire State i… kapcie z M&M’s.

Czytaj dalej

Gujana. Czyli mamy 3 Gujany.

Podróż z Surinamu do Gujany pełna niespodzianek: prom, prosecco, pompki na pokładzie i odkrywanie Georgetown w rytmie karaibskiego chaosu.

Czytaj dalej

Surinam, czyli gdzie?

Przylatujemy. A ten Surinam to kraj? Lot z Curacao do Paramaribo (stolica Surinamu) był opóźniony o 6.5h.. jak przyjechaliśmy na lotnisko w Curacao, to okazało się że nasz samolot.. właśnie odleciał do Miami, gdzie wykonywał wcześniejszy kurs. Na szczęście czas w dobrym towarzystwie leci bardzo szybko 🙂 W Surinamie mieszka niewiele ponad 500tys ludzi, z […]

Czytaj dalej

Rajskie Curacao, skład ograniczony

Jak do tego doszło? Nie wiemy.. Byliśmy z Agatą na tydzień we Francji. Bez dzieci, ze znajomymi. Typowy wyjazd co kwartał. Chill, hotele adults only, dużo sportów.. no i właśnie, poszliśmy biegać ze znajomymi z Hiszpanii, krawężnik był bardzo wysoki i chrup. Kostka Agaty skręcona, ścięgno (mocne jak cholera!) pociągnęło tak kość że ją złamało […]

Czytaj dalej
Back to top