Przylot do RPA przed podróżą do Lesotho
Po ponad dwóch godzinach lotu z Lilongwe, stolicy Malawi, lądujemy w Johannesburgu, z którego pojedziemy do Lesotho. Na lotnisku wypożyczamy samochód i ruszamy na zasłużonego steka w jednej z pobliskich restauracji.
Jest godzina 15:00, a my jesteśmy kompletnie padnięci. Nic dziwnego – wstaliśmy o… 00:30 w nocy! Linia lotnicza przesunęła nam lot, przez co niemal całą noc spędziliśmy w drodze na lotnisko. Ze spaniem było więc kiepsko.
Do tego Agatę od kilku dni niemiłosiernie boli palec u ręki. Ponieważ ból nie ustępuje, decydujemy się odwiedzić szpital. Po wcześniejszych doświadczeniach w Bangkoku mamy kolejną okazję poznać lokalną służbę zdrowia. Tym razem południowoafrykańską.
Prywatny szpital prezentuje naprawdę świetny poziom. Wszystko idzie sprawnie, robimy prześwietlenie i okazuje się, że nie ma powodów do niepokoju. Uff!
Na noc zatrzymujemy się w butikowym hotelu Ten Bompas w Johannesburgu. Tutaj rano budzimy się otwieramy zasłony, a gapią sie na nas 2 sowy. Dość surrealistyczne! Następnego ranka ruszamy samochodem do Lesotho.



Lesotho – ale o co właściwie chodzi?
Lesotho? Gdzie to w ogóle jest?
To maleńkie, górskie królestwo całkowicie otoczone przez Republikę Południowej Afryki. Co ciekawe, jest jedynym niepodległym krajem na świecie, którego całe terytorium leży powyżej 1000 m n.p.m. Nie bez powodu nazywane jest Królestwem w Chmurach.
Tutaj zamiast safari są góry, konie, wodospady, kręte drogi i niewielkie wioski rozsiane po zboczach.
Lesotho jest surowe, trochę jak z innej epoki i zupełnie inne od Afryki, którą poznawaliśmy przez ostatnie tygodnie. I właśnie dlatego chcemy tu zajrzeć!
Samochodem z Johannesburga do Lesotho
Droga prowadzi na południe. Początkowo krajobraz jest dość monotonny – zdarzają się nawet kilkudziesięciokilometrowe odcinki bez ani jednego zakrętu! Jedziemy przez ogromne, niemal puste przestrzenie, które wydają się nie mieć końca.
Im bliżej Lesotho, tym krajobraz zaczyna się zmieniać. Pojawiają się pagórki, a następnie coraz wyższe góry. W końcu robi się naprawdę malowniczo.
Na granicy przechodzimy odprawę, ale nie dostajemy stempli do paszportów. Jakoś specjalnie się tym nie przejmujemy…
Po kolejnej godzinie jazdy przez góry, już w całkowitej ciemności, docieramy do naszego lodge.



Maliba Lodge – nocleg w sercu gór Lesotho
Na dwie noce zatrzymujemy się w Maliba Lodge, położonym na terenie Parku Narodowego Ts’ehlanyane.
To przepiękne miejsce, otoczone górami, z dala od miast i cywilizacji. Samo Lesotho jest zresztą krajem wyjątkowo górzystym – jego najwyższy szczyt, Thabana Ntlenyana, sięga aż 3482 m n.p.m.
Nasz domek nawiązuje architekturą do tradycyjnych zabudowań regionu. W środku znajduje się kominek, który obsługa rozpala zaraz po naszym przyjeździe.
Po całym dniu w samochodzie i poprzedniej niemal nieprzespanej nocy trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie dnia.
Za oknem ciemność i góry, w środku przyjemne ciepło kominka. Jest klimatycznie!
Lesotho z dziećmi – konna wyprawa przez góry
Rano budzi nas bezchmurne niebo i fantastyczny widok na otaczające góry.
Zaczynamy dzień od pysznej kawki na tarasie, potem śniadanie i ruszamy na przejażdżkę konną.
W Lesotho konie są bardzo ważnym elementem codziennego życia. W wielu górskich miejscowościach nadal służą jako środek transportu, bo do niektórych miejsc znacznie łatwiej dotrzeć konno niż samochodem.
Zakładamy, że czeka nas krótka, spokojna wycieczka po okolicy.
Nic bardziej mylnego!
To, co miało być niewinną przejażdżką, zamienia się w całkiem intensywną, kilkugodzinną wyprawę przez góry. Pokonujemy strome podejścia, kamieniste ścieżki, a w pewnym momencie nawet przeprawiamy się konno przez rzekę!
Momentami jest naprawdę stromo, a widoki robią ogromne wrażenie.
Olaf i Gucio dzielnie pokonują kolejne przeszkody. Dla nich to wielka przygoda, a dla nas jedno z najfajniejszych doświadczeń podczas całej wyprawy.
Zdecydowanie nie była to zwykła przejażdżka konna!






Tradycyjna wioska w Lesotho – jak żyją mieszkańcy?
Następnego dnia, razem z lokalnym przewodnikiem, wybieramy się do pobliskiej wioski.
Już samo jej położenie robi wrażenie. Niewielkie domy rozsiane są po górskim zboczu, a ponieważ zaczyna się wiosna, wokół kwitną piękne fioletowe kwiaty. Na tle surowych gór wygląda to naprawdę malowniczo.
Życie mieszkańców jest bardzo proste. Wiele rodzin mieszka w niewielkich chatach zbudowanych z gliny, kamienia i słomy. Zaglądamy do kilku gospodarstw, rozmawiamy z mieszkańcami i przyglądamy się ich codziennemu życiu.
Trafiamy też na lokalną uroczystość, podczas której odbywa się tradycyjny ubój owcy.
Mamy również okazję spróbować lokalnego piwa, warzonego domowym sposobem.
No cóż…
Powiedzmy, że do naszych ulubionych trunków raczej nie dołączy. Ohydne! 🙂
Odwiedzamy też dom szamanki. Jesteśmy w szoku. Ma mnóstwo różnych ziół i leków i podobno tym leczy. Jest najstarszą osobą w wiosce i ma ogromne poważanie. Zobaczcie film ponizej:
Osiołki, czyli Glovo po afrykańsku
Jedna z rzeczy, które najbardziej nas zaskakują, to osiołki transportujące ogromne ładunki.
Niby nic niezwykłego, w końcu jesteśmy w górskiej wiosce. Tyle że niektóre z tych osiołków… chodzą zupełnie same!
Okazuje się, że zwierzęta są nauczone konkretnych tras. Potrafią samodzielnie pójść do sklepu, gdzie sprzedawca ładuje na nie zamówione towary, na przykład worek ryżu, a następnie wracają z zakupami prosto do domu.
Taki Jush czy Glovo w wersji Lesotho!
Bez aplikacji, bez GPS-u i bez opłaty za dostawę. 🙂
Podróżowanie z dziećmi – małe gesty, wielka radość
Podczas wizyty w wiosce Olaf i Gucio mają też okazję się wykazać.
Przywieźliśmy z Polski trochę drobnych prezentów dla dzieci i właśnie tutaj rozdajemy ostatnie z nich. Radość jest ogromna! Niesamowite, jak wiele szczęścia potrafią sprawić rzeczy, które dla naszych dzieci są zupełnie zwyczajne.
Tomek idzie o krok dalej i postanawia zostawić mieszkańcom niemal wszystkie swoje ubrania. 🙂
Takie spotkania są dla nas ważną częścią podróżowania. Chcemy, żeby chłopcy poznawali świat nie tylko przez piękne krajobrazy i atrakcje turystyczne, ale również przez kontakt z ludźmi, którzy żyją zupełnie inaczej niż my.
I chyba właśnie takie doświadczenia zostają w pamięci najdłużej.
















Powrót z Lesotho do Johannesburga
Po dwóch nocach żegnamy Maliba Lodge i ruszamy w drogę powrotną do Johannesburga.
Sam lodge zdecydowanie polecamy. Fantastyczne położenie, piękne widoki, przytulne domki i świetna baza do odkrywania gór Lesotho.
Droga powrotna zajmuje nam około pięciu godzin. Do Johannesburga docieramy wieczorem.
Tym razem zatrzymujemy się w Melrose Arch – dzielnicy, której wcześniej nie znaliśmy.
I tutaj małe zaskoczenie!
Melrose Arch wygląda zupełnie inaczej niż większość miejsc, które do tej pory widzieliśmy w Johannesburgu. Nowoczesne budynki, eleganckie restauracje, kawiarnie, zadbane ulice. Wszystko przypomina raczej zamożną europejską dzielnicę niż afrykańską metropolię.
To swoista enklawa bogactwa, mocno kontrastująca z pozostałymi częściami miasta.
Spędzamy tu wieczór, jemy kolację i odpoczywamy przed ostatnim dniem naszej podróży.
Johannesburg – ostatni dzień w Afryce
Ostatniego dnia spotykamy się z Alonem i Shani oraz ich dziećmi.
To nasi przyjaciele ze studiów MBA, którzy urodzili się w RPA.
Spędzamy fantastyczne popołudnie w ich domu. Dzieciaki świetnie się razem bawią, a my mamy czas na długie rozmowy.
Sam dom, jak wiele innych w Johannesburgu, znajduje się za rozbudowanym systemem zabezpieczeń. Podwójne ogrodzenia, zasieki i ochrona są tutaj dla wielu zamożniejszych mieszkańców codziennością.
Rozmawiamy sporo o sytuacji w RPA.
Nasi znajomi potwierdzają wiele naszych wcześniejszych obserwacji. Pomimo ogromnego potencjału gospodarczego kraj od lat zmaga się z problemami ekonomicznymi, wysokim bezrobociem i przestępczością.
Johannesburg jest miastem niesamowitych kontrastów. Z jednej strony bogate dzielnice, luksusowe samochody, świetne restauracje i nowoczesne biurowce. Z drugiej ogromne nierówności społeczne i problemy z bezpieczeństwem.
Po kilku tygodniach podróżowania po południowej Afryce mamy sporo własnych przemyśleń na ten temat. Rozmowy z przyjaciółmi pozwalają nam spojrzeć na wiele rzeczy również z perspektywy osób, które znają ten kraj od urodzenia.
A Lesotho? Okazało się jednym z największych pozytywnych zaskoczeń całej podróży. Niewielki kraj, a tyle wrażeń!



Koniec naszej trzytygodniowej wyprawy po południowej Afryce
Prosto od Alona i Shani jedziemy na lotnisko.
Przed nami nocny lot przez Istambul do Warszawy.
Jest 31 sierpnia.
A jutro zaczyna się szkoła!
Jak zwykle wykorzystaliśmy wakacje do ostatniej możliwej chwili. 🙂
Za nami ponad trzy tygodnie podróżowania po krajach południowej Afryki. Tysiące kilometrów samochodem, prawie wszystkoe loty opóźnione, przekraczanie granic, safari w parku Krugera, jazda rowerem w Eswatini, rajskie plaże Mozambiku, jezioro Malawi i góry Lesotho, spotkania z lokalnymi mieszkańcami i mnóstwo przygód.
Było intensywnie, czasami męcząco, momentami nieprzewidywalnie, ale przede wszystkim niesamowicie ciekawie.
Poznaliśmy miejsca, do których pewnie nigdy nie trafilibyśmy podczas klasycznych wakacji. Chłopcy zobaczyli kawałek zupełnie innego świata, a my po raz kolejny przekonaliśmy się, że podróżowanie na własną rękę, nawet z dziećmi, daje ogromną satysfakcję.
To była świetna wyprawa i jesteśmy z niej naprawdę dumni!




