Kruger National park 14 sierpnia 2026

Tegoroczne wakacje są ekstremalnie intensywne. I kiedy piszemy „intensywne”, naprawdę nie przesadzamy.

W poniedziałek przylatujemy do domu po trzech tygodniach nieobecności, a już we wtorek… mamy kolejny lot. Tym razem ponad 14 godzin w podróży do Johannesburga w RPA.

Czyli klasycznie: 24 godziny na ogarnięcie życia i lecimy dalej!

W ciągu jednej doby załatwiamy najpilniejsze tematy zawodowe, Agata odgruzowuje się u kosmetyczki, ekspresowe pranie i prasowanie, przepakowujemy walizki i… jesteśmy gotowi na Afrykę!

No, prawie.

Sprint przez Stambuł, czyli czy zdążymy do RPA?

Nasz lot z Warszawy do Stambułu jest opóźniony o ponad godzinę. Robi się nerwowo, bo przesiadka nie jest długa, a my nie mamy nawet kart pokładowych na kolejny lot do Johannesburga. Gdzieś na styku LOT-u i Turkish Airlines coś nie zadziałało, mimo że wszystko na jednym bilecie.

A nowe lotnisko w Stambule, jak wiadomo, jest mniej więcej wielkości niewielkiego europejskiego państwa.

Żeby zdążyć z formalnościami i dotrzeć do bramki, musimy urządzić sobie rodzinny sprint przez terminal. Z bagażami podręcznymi. I dziećmi.

Na szczęście udaje się!

Wpadamy do samolotu i możemy odetchnąć. Kamień z serca.

Na pokładzie spotykamy się z naszymi przyjaciółmi – Anią i Maćkiem oraz ich dziećmi, Zosią i Kacprem. Ekipa w komplecie!

Agata leci biznesem. Bo przecież tak się należy Perfekcyjnej Pani Domu 😉

Lot jest długi, ale wszyscy szybko padamy ze zmęczenia. Tomkowi wracają natomiast wspomnienia z licznych zawodowych podróży do RPA oraz naszych 3-4 wspólnych podróży dotychczas w latach 2010-2019. Wliczając np przyjazd Agaty na weekend 🙂

Achhh… cóż to były za czasy!

Ogólnie to uwielbiamy tą część Afryki! Nasz wpis z Namibii, Botswany i Zimbabwe:

https://totutotam.blog/podroze/prawdziwa-afryka

Johannesburg – witamy w Afryce!

Rano budzimy się już w zupełnie innej rzeczywistości.

Na lotnisku w Johannesburgu czekają na nas przewodnik i kierowca. Od naszego ostatniego pobytu tutaj minęło dziewięć lat, ale pierwsze wrażenie jest takie, że… niewiele się zmieniło.

Zmieniła się za to temperatura.

Jest około 10°C! W końcu jest tu środek zimy! Na szczęście takie temperatury tylko tutaj, dalej będzie cieplej.

Afryka Afryką, a my wyciągamy z walizek wszystko, co mamy najcieplejszego.

Wsiadamy do minibusa, ale przed nami jeszcze ponad sześć godzin jazdy do Parku Narodowego Krugera.

Pierwszy stek w RPA

Po drodze zatrzymujemy się w przypadkowej przydrożnej restauracji. Miejsce wybrane właściwie bez żadnego planu, a okazuje się strzałem w dziesiątkę.

Zjadamy tutaj nasze pierwsze wybitne południowoafrykańskie steki.

Zagadują nas lokalni mieszkańcy i szybko wdajemy się w bardzo sympatyczną rozmowę. Dzieciaki w tym czasie biegają po ogrodzie za królikami i hodowlanym ptactwem.

Pierwsze godziny w RPA i już nam się podoba!

Kruger Gate Hotel – 300 metrów od safari

Do Krugera docieramy późnym wieczorem. Nasz Kruger Gate Hotel znajduje się zaledwie około 300 metrów od jednej z bram parku.

Lodge od pierwszej chwili robi na nas ogromne wrażenie. Pięknie wpisany w afrykańską przyrodę, klimatyczny i bardzo stylowo urządzony.

Jesteśmy kompletnie skonani, ale przecież nie można rozpocząć pobytu w RPA bez lampki lokalnego czerwonego wina.

Dzieci wybierają gorącą czekoladę, my wino, potem szybka kąpiel i…

padamy jak zabici.

Safari w Parku Krugera własnym samochodem

Następnego dnia nigdzie się nie spieszymy.

Długo delektujemy się śniadaniem, a dziewczyny idą na masaż z widokiem na rzekę i dziką przyrodę. Panowie w tym czasie dzielnie zajmują się… resztą świata.

Sam lodge jest bardzo rozległy. Ma spa, kort tenisowy, kilka basenów, restauracje, punkt obserwacyjny nad rzeką oraz fantastyczną zewnętrzną przestrzeń z ogniskiem.

Ale przecież przyjechaliśmy tutaj przede wszystkim dla zwierząt.

Po południu ruszamy więc na safari po Parku Krugera własnym samochodem z naszym kierowcą Richardem.

I to jest jedna z rzeczy, która zaskakuje nas najbardziej. Po ogromnym parku można po prostu jeździć samemu, bez przewodników!

To zupełnie inne doświadczenie niż safari, które znamy z Kenii czy Tanzanii, za to bardzo podobne do naszego zwiedzania Etosha National Park w Namibii.

Wjazd do Krugera nie jest tani – dla całej naszej ekipy jednodniowe wejście kosztuje prawie 1000 zł.

Nie mamy wielkich oczekiwań. Większość safari rozpoczyna się przecież skoro świt, a my wjeżdżamy do parku dopiero po południu.

I wtedy Kruger robi nam niespodziankę.

Żyrafy, zebry, hipopotamy i krokodyle

Przez około 2,5 godziny widzimy niesamowitą liczbę dzikich zwierząt.

żyrafy, zebry, hipopotamy, krokodyle, bawoły, sępy i całe stada antylop, w tym impale.

Największe wrażenie robią na nas żyrafy.

Pojawiają się czasami zaledwie 2–3 metry od drogi. Stoimy, patrzymy na nie i właściwie trudno uwierzyć, że nie jesteśmy w zoo ani na zorganizowanym safari. Po prostu jedziemy własnym samochodem, a obok nas spaceruje żyrafa.

Afryka!

Wracamy do hotelu absolutnie usatysfakcjonowani.

A tam czeka na nas kolejna atrakcja.

Kolacja pod afrykańskim niebem

Hotel przygotował ogromną kolację na świeżym powietrzu.

Jedzenie podawane jest w formie bufetu, ale określenie „bufet” zdecydowanie nie oddaje tego, co zastajemy. Wybór jest ogromny, potrawy świetnie doprawione, a wszystko wygląda i smakuje fantastycznie.

Do tego kieliszek południowoafrykańskiego czerwonego wina.

Pełnia szczęścia.

Po kolacji siadamy jeszcze przy ognisku i po prostu cieszymy się chwilą.

Bo jutro pobudka będzie… bardzo brutalna.

Safari o 5 rano i African time

Z kierowcą umawiamy się na 4:30 rano.

Jesteśmy gotowi.

4:30 – nikogo.

4:45 – nikogo.

5:00 – nadal nikogo.

W końcu po piątej pojawia się nasz samochód.

African time! 😉

Tomek traci cierpliwość i rusza w stronę bramy parku na piechotę, zupełnie nie przejmując się faktem, że gdzieś obok mogą mieszkać krokodyle i inne sympatyczne afrykańskie stworzenia.

Jest jeszcze zupełnie ciemno. Nad nami rozciąga się niesamowicie rozgwieżdżone niebo.

Samochód safari nie ma bocznych szyb, a reflektory pozwalają wypatrywać zwierząt w ciemności.

Potem zaczyna wschodzić słońce.

I robi się magicznie.

Żyrafy o wschodzie słońca

Wschód słońca nad sawanną jest zachwycający.

W pewnym momencie udaje nam się zrobić zdjęcia żyraf na tle wschodzącego słońca.

Bezcenne.

Mniej zachwycający jest lodowaty wiatr wpadający do otwartego samochodu.

Po trzech godzinach safari jesteśmy już solidnie zmarznięci. Zwierząt widzimy tym razem mniej niż podczas naszego spontanicznego popołudniowego przejazdu poprzedniego dnia.

Po powrocie do hotelu dosłownie rzucamy się na śniadanie i gorącą herbatę.

Trzeba się rozmrozić.

Pakujemy torby, robimy check-out i ruszamy w stronę kolejnego kraju – Eswatini, czyli dawnego Suazi (Swazilandu).

Ale Kruger nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Lampart dwa metry od naszego samochodu!

Postanawiamy wybrać drogę prowadzącą przez Park Krugera.

Oznacza to, że trzeci dzień z rzędu płacimy za wjazd do parku.

Trochę boli.

Ale już chwilę później okazuje się, że były to jedne z najlepiej wydanych pieniędzy podczas tej podróży.

Najpierw widzimy słonie.

A potem…

lamparty!

Podobno należą do najtrudniejszych do wypatrzenia zwierząt w Krugerze, a nam udaje się zobaczyć aż dwa.

Pierwszy spokojnie konsumuje swoją zdobycz na gałęzi drzewa.

Drugi postanawia zrobić nam prawdziwe przedstawienie.

Najpierw ospale podnosi się z trawy. Potem spaceruje wzdłuż drogi, kompletnie ignorując kilkanaście stojących obok samochodów.

Wszyscy wstrzymujemy oddech.

Lampart idzie dalej…

…i nagle przechodzi przez drogę około dwóch metrów przed maską naszego samochodu!

WOW.

Przez chwilę w aucie zapada kompletna cisza.

A potem wszyscy zaczynamy mówić jednocześnie.



Czy warto jechać do Parku Krugera?

Po trzech dniach odpowiedź mamy bardzo prostą:

Zdecydowanie TAK!

W ciągu trzech dni udaje nam się zobaczyć około 16 gatunków afrykańskich zwierząt, nie licząc ptaków. Są słonie, lamparty, żyrafy, zebry, hipopotamy, krokodyle, bawoły i całe stada antylop.

Co ciekawe, jedne z naszych najlepszych obserwacji mamy nie podczas zorganizowanego safari, ale podczas samodzielnej jazdy po parku.

Kruger zachwyca nas również tym, że daje ogromną swobodę. Można wstać przed świtem i ruszyć z przewodnikiem albo… zjeść spokojnie śniadanie, wsiąść do własnego samochodu i po prostu pojechać przed siebie.

Nigdy nie wiadomo, co czeka za kolejnym zakrętem.

W naszym przypadku był to lampart przechodzący dwa metry przed maską.

Trudno o lepsze pożegnanie z Krugerem.

A my jedziemy dalej.

Następny przystanek: Eswatini!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Inne wpisy z podróży

Eswatini z dziećmi – królestwo, góry i safari na rowerach

Eswatini okazało się jednym z największych zaskoczeń naszej podróży po Afryce. Zielone wzgórza, tradycyjna wioska, wodospady, safari na rowerach i… spotkanie z rodziną królewską. Mały kraj, a atrakcji zdecydowanie więcej, niż się spodziewaliśmy!

Czytaj dalej
Back to top