Do Mozambiku wjeżdżamy drogą lądową z Eswatini. Podróż zajmuje nam ponad 6 godzin. Po drodze oddajemy 2 duże torby rzeczy dla dzieci. Dziki tłum w malej miejscowosci prawie wchodzi nam do auta i momentami robi sie nerwowo.. Wszystko znika w 1 minute..


Prawie 2 godziny spędzamy na przejściu granicznym. Nasze e-wizy do Mozambiku muszą zostać dokładnie zweryfikowane – a kosztowały niemało, bo aż 190 USD od osoby!
W budce celników za darmo rozdawane są prezerwatywy oraz ulotki pokazujące, jak ich używać. Szybko dowiadujemy się dlaczego – Eswatini od lat zmaga się z bardzo wysokim odsetkiem zakażeń HIV.
Maputo – pierwsze spotkanie z Mozambikiem
Wieczorem docieramy do Maputo, stolicy Mozambiku. Przedmieścia wyglądają dość biednie i chaotycznie, natomiast ścisłe centrum tej ponadmilionowej afrykańskiej metropolii jest zaskakująco nowoczesne.
Po sześciu dniach żegnamy naszego kierowcę, który dzielnie przewiózł nas z Johannesburga przez Park Narodowy Krugera i Eswatini aż do Maputo. Wytrzymał z nami – szacunek! 🙂
Polecamy usługi Michaela Rodrica z Elite Link Tour: https://elitelinktour.com/. WhatsApp: +27 78 607 4699.

Zatrzymujemy się w Hotelu Cardoso w Maputo, który zdecydowanie możemy polecić. Z hotelu rozpościera się panoramiczny widok na miasto, zatokę i nowoczesny most Maputo–Katembe.
Mozambik był przez kilka stuleci kolonią portugalską i do dziś wpływy Portugalii są tutaj bardzo widoczne – szczególnie w architekturze, języku i kuchni. Kraj zamieszkuje około 35 milionów ludzi, jego powierzchnia jest ponad dwa razy większa od Polski, a linia brzegowa ma około 2500 km. Plaż zdecydowanie im nie brakuje! 🙂
Co zobaczyć w Maputo?
Rano okazuje się, że nasz lot z Maputo do Vilanculos, skąd mamy dostać się na wyspę Bazaruto, jest opóźniony. Najpierw o 1,5 godziny, później o kolejne trzy.
To dopiero początek naszych przygód z liniami lotniczymi Air Mozambique 🙂
Skoro mamy kilka dodatkowych godzin, ruszamy zobaczyć centrum Maputo. Odwiedzamy katedrę, centralny plac oraz lokalną halę targową, gdzie kupujemy kilka pamiątek. Kolonialna zabudowa miesza się z typowym afrykańskim chaosem. Maciek z Anią są trochę w szoku tym pierdolnikiem, który – jak na Afrykę – jest i tak całkiem uporządkowany 🙂








Lot Maputo – Vilanculos. Afryka uczy cierpliwości
Na lotnisku dowiadujemy się, że z naszym pięciogodzinnym opóźnieniem mamy właściwie… sporo szczęścia.
Niektórzy pasażerowie koczują tutaj od poprzedniego dnia i nadal nie wiedzą, kiedy polecą. :/
Lot z Maputo do Vilanculos z międzylądowaniem trwa około dwóch godzin. Docieramy dopiero wieczorem, przez co tego dnia nie mamy już szans dostać się do naszego hotelu na wyspie Bazaruto – po zmroku łodzie nie kursują.
Tomek werbuje więc jakiegoś kierowcę z baru, będącego już po kilku głębszych, który zawozi nas do Hotelu Dona Ana w Vilanculos. Hotel jest OK, a na tym etapie najważniejsze, że mamy gdzie spać.




Bazaruto – rajska wyspa u wybrzeży Mozambiku
Następnego dnia z samego rana łódź zabiera nas na wyspę Bazaruto, gdzie zatrzymujemy się w Anantara Bazaruto Island Resort.
Bazaruto jest wąska, ale długa na około 35 km. Już z daleka naszą uwagę przyciągają ogromne wydmy, które przypominają nam krajobrazy Namibii.
Na plaży witają nas muzyka i tradycyjne tańce. Pierwsze wrażenie? WOW.
Dostajemy przestronne wille z bezpośrednim dostępem do oceanu. Anantara Bazaruto Island Resort jest fantastyczny. Obsługa – top. Do tego spa położone na wzgórzu, dwa baseny, trzy restauracje, kort tenisowy, kajaki, SUP-y, nurkowanie i sandboarding na gigantycznych wydmach.
Jesteśmy w raju!




Co robić na wyspie Bazaruto?
Jedzenie jest przepyszne. Zajadamy się przede wszystkim owocami morza i świeżymi rybami. Zachwyca nas również dbałość o detale i naprawdę wysoki poziom obsługi.
Żałujemy tylko jednego – przez opóźniony samolot zamiast zaplanowanych trzech nocy spędzimy na Bazaruto tylko dwie.
Nie zamierzamy jednak marnować czasu.
Pływamy na SUP-ach i kajakach, korzystamy z basenów, a wieczorem wypływamy na rejs tradycyjną łodzią dhow o zachodzie słońca.
Łódź i maszt są w całości drewniane, a samo doświadczenie – bezcenne.
Przypomina nam się nasza dwudniowa eskapada żaglową łodzią dhow z Zanzibaru do Tanzanii w 2009 roku. Tam było zdecydowanie mniej luksusowo: na łodzi płynęło około 100 osób, razem z kozami i innymi zwierzętami, a kołysanie wywołało chorobę morską u sporej części pasażerów. W tym u nas 🙂
Tym razem jest zdecydowanie przyjemniej.
Snorkeling na Bazaruto – rekiny, żółwie i podwodny świat
Następnego ranka Tomek z Olafem wypływają na snorkeling w okolice pobliskiej wyspy.
Pod wodą widzą rekina, żółwie, ogromnego homara, muszle wielkości głowy i setki kolorowych ryb.
Wracają absolutnie zachwyceni.
My relaksujemy się jeszcze przy basenie i na plaży, ale czas opuszczać nasz mały raj.













Vilanculos – zupełnie inny Mozambik
Wracamy łodzią na stały ląd. W ostatniej chwili rezerwujemy klimatyczny dom z tarasem – Casa Cabana.
Casa Cabana znajduje się blisko plaży i ma piękny taras z widokiem na ocean. Można położyć się na kanapie albo w hamaku i bez końca patrzeć na wodę. Klimat jest totalnie zrelaksowany, trochę jak na Karaibach.
Ocean Indyjski ma tutaj bardzo silne pływy. Rano woda cofa się tak daleko, że plaża powiększa się o kilkadziesiąt metrów, odsłaniając tysiące muszelek.
Po szybkim zakwaterowaniu ruszamy na plażę.
Gucio wypatruje na jednym ze straganów naszyjnik z zębem rekina. Wygląda autentycznie, więc po obowiązkowych negocjacjach kupujemy mu tę nietuzinkową pamiątkę.
Agata, Ania, Olaf i Zosia oddają się masażom przy plaży.
Panuje tutaj zupełnie inny klimat niż w Anantara Bazaruto – dużo bardziej lokalny, swobodny i spontaniczny – ale też jest super.
Po południu siadamy w knajpie niedaleko plaży i zamawiamy rybę dnia. Jest wyśmienita.
Ania proponuje tequilę „na lepsze trawienie”.
I tak sześć razy 🙂
Vilanculos – ostatni dzień nad oceanem
Po śniadaniu zaglądamy do małego sklepiku prowadzonego przez Francuzkę, która od 22 lat mieszka w Mozambiku.
Agata kupuje chłopcom koszule w kwieciste wzory, Olaf wybiera naturalne gąbki do peelingu twarzy i jeszcze kilka drobiazgów.
Pakujemy się, opuszczamy nasz piękny dom, jemy szybki lunch przy plaży i jedziemy na lotnisko w Vilanculos.
Samolot jest opóźniony o 2h.
Niespodzianka! 🙂
Ale przynajmniej odlatuje.
















Air Mozambique i nasze zaginione bagaże
Tuż przed startem Tomek zauważa na telefonie, że AirTagi pokazują nasze torby w niewłaściwym miejscu. Dochodzi jednak do wniosku, że pewnie to jakieś zakłócenie sygnału.
Nic bardziej mylnego.
Po wylądowaniu w Maputo okazuje się, że bagaże połowy pasażerów zostały w Vilanculos.
Dlaczego?
Bo samolot musiał zabrać bagaże pasażerów… sprzed kilku dni.
No farsa!
Jakby tego było mało, dostajemy informację, że nasz kolejny lot – tym razem z Maputo do Tete na północy Mozambiku – jest opóźniony o…
9 godzin.
Na tym etapie trudno już się nawet denerwować 🙂
Problem w tym, że nasz dalszy plan zakłada przejazd samochodem z Tete przez granicę do Malawi. Jeżeli polecimy bez bagaży, szansa, że ktokolwiek dostarczy je nam później gdzieś w głębi Malawi, jest praktycznie zerowa.
Podejmujemy decyzję: przekładamy lot do Tete o kolejne 15 godzin i czekamy na nasze torby.
Pożegnanie z przyjaciółmi i noc w Maputo
W międzyczasie żegnamy odwiedzamy nowootwarte Muzeum historii naturalnej w Maputo. Bardzo polecamy, jest nieduze, ale bardzo interaktywne i przedstawiające kilkadziesiat zwierzat w naturalnych rozmiarach i oryginalnych.. skórach! Są też autentyczne okazy słonia na rożnych etapach słoniej ciązy!
I tutaj żegnamy Anię, Maćka i dzieci, którzy wracają już do Warszawy – niestety również bez części swoich bagaży. To był nasz pierwszy tak długi wspólny wyjazd i było fantastycznie. Bardzo cenimy sobie takie towarzystwo w podróży!
W końcu odbieramy bagaże – zarówno nasze, jak i Ani i Maćka – i jedziemy na noc do Radisson Blu w Maputo, który również możemy polecić.





Z Maputo do Tete i dalej w stronę Malawi
O 6:00 rano, tym razem już razem z bagażami, wylatujemy do Tete na północy Mozambiku.
Lot trwa około 1 godziny i 45 minut.
Po przylocie trafiamy już w zupełnie inną Afrykę. Ludzie noszą towary na głowach, wokół jest kurz, gwar i typowy afrykański pierdolnik.
Na lotnisku czeka na nas kierowca z dużym pickupem, którym mamy dotrzeć do granicy z Malawi.
O biedne nasze torby na pace, w tym kurzu!
Podróż trwa około trzech godzin. Krajobraz staje się coraz bardziej górzysty, a po obu stronach drogi wyrastają setki ogromnych baobabów.
Jest pora sucha, więc wszystko wokół ma żółto-brązowe kolory. Miejscami widać wypalane trawy. Kurz, słońce, baobaby i zapach suchej ziemi.
Zapach Afryki!
Przed nami Malawi.
Vivat przygodo!

Numer WhatsApp do Nelsona – naszego kierowcy w Maputo: +258 84 431 0240. Nelson mówi po angielsku i go polecamy!


