Malawi okazuje się jednym z najbardziej niezwykłych przystanków podczas naszej podróży po południowej Afryce. Jednak zanim docieramy nad słynne jezioro Malawi, czeka nas długa i dość wymagająca podroż.
Cały dzień w drodze do Malawi
Podróż do Malawi zajmuje nam praktycznie cały dzień. Najpierw pobudka o 4.00 rano i dwugodzinny lot z Maputo do Tete w północnym Mozambiku. Następnie jedziemy około trzy h do granicy z Malawi. Po jej przekroczeniu czeka nas jeszcze kolejne 4,5 godziny w samochodzie.
Pierwszy kierowca wiezie nas z lotniska w Tete do granicy i tam nas zostawia. Dostajemy pieczątki wyjazdowe z Malawi, bierzemy torby i ruszamy pieszo przez pas ziemi niczyjej. Jesteśmy przekonani, że za chwilę zobaczymy posterunek graniczny Malawi.
Po około kilometrze okazuje się jednak, że do właściwego przejścia zostało nam… ponad 10 kilometrów.
Na szczęście szybko pojawiają się taksówkarze i kierowcy na motorach, którzy oferują nam podwózkę. Dzięki temu perspektywa kilkunastokilometrowego spaceru z walizkami w afrykańskim upale pozostaje w sferze upiornych snów..
Na granicy czeka nas kolejna niespodzianka. Mamy wizy elektroniczne, natomiast celnicy wymagają wersji papierowej. Problem w tym, że… nie mają drukarki.
Jak możecie sobie wyobrazić, drukarka na granicy Mozambiku i Malawi nie jest dobrem powszechnym.. Tomek znika więc z naszym malawskim kierowcą. Po około pół godzinie wraca z wydrukowanymi wizami. Do dziś nie wiemy, gdzie właściwie udało im się znaleźć tę drukarkę.
Co ciekawe, na przejściu jesteśmy praktycznie jedynymi osobami przekraczającymi granicę. Mimo to cała procedura zajmuje nam ponad 1,5h.
Afryka rządzi się jednak swoimi prawami!
Pierwsze kilometry przez Malawi
Po stronie Malawi droga wygląda fatalnie. Asfalt jest w takim stanie, że samochody regularnie jadą poboczem. Jazda po czerwonym piasku okazuje się wygodniejsza niż slalom pomiędzy dziurami.
Malawi jest gęsto zaludnione (cały kraj to około 22miliony ludzi), dlatego droga prowadzi przez niemal niekończący się ciąg wiosek i zabudowań. Co więcej, całe życie mieszkańców – również po zmroku – wydaje się toczyć właśnie przy drodze.
W wielu miejscowościach nie ma elektryczności. Gdy zapada noc, robi się więc zupełnie ciemno. Tymczasem poboczami spacerują tłumy ludzi, pojawiają się rowery i zwierzęta, a nasz kierowca pędzi ponad 80 km/h.
Momentami wolimy nie patrzeć przed siebie.
Jednocześnie wyboista droga kołysze nas do snu. Ostatecznie każdy przesypia sporą część trasy.




Pumulani Lodge nad jeziorem Malawi
Do Pumulani Lodge docieramy dopiero po 19.00. Witają nas managerowie Kim i Clayton – para z RPA, która mieszka tutaj ze swoją siedmioletnią córką Milą i zarządza 30 osobową załogą.
https://www.robinpopesafaris.net/camps-lodges/pumulani-lodge
Od razu siadamy do stołu. Przez cały dzień jedliśmy właściwie tylko ciastka, banany i przypadkowe przekąski kupione na szybko w lokalnym sklepie. Tym razem więc nikt nie wybrzydza.
Pumulani Lodge urządzony jest w afrykańskim stylu. Jest dużo drewna i naturalnych materiałów, a wnętrza są proste, ale bardzo gustowne. Restauracja znajduje się wysoko na wzgórzu i ma piękny widok na jezioro Malawi.
Tego wieczoru jest już jednak zupełnie ciemno, dlatego jeziora jeszcze nie widzimy. Mimo to atmosfera jest bardzo przyjemna i kameralna. Poza nami zajętych jest zaledwie kilka dwuosobowych stolików. Kolejne miejsce gdzie na 10-12 gości jest co najmniej 2x obsługi.
Na kolację dostajemy steki, lokalną rybę oraz przepyszne brownie.
Po takim dniu smakuje nam absolutnie wszystko.
Pierwsza noc: skorpiony w pokoju dzieci
Nasza willa – jedyna dwupokojowa – znajduje się tuż przy plaży. Ma to jeden drobny minus: z restauracji prowadzi do niej ponad 160 schodów w dół.
Managerka oprowadza nas i pokazuje wyposażenie. Na koniec informuje, że w sytuacji awaryjnej mamy wzywać pomoc za pomocą… przenośnej syreny alarmowej.
Trochę nas to bawi.
Jednak na odchodnym wspomina jeszcze o parze, która użyła kiedyś syreny, ponieważ znalazła w swoim pokoju skorpiona.
No dobrze.
Jak się okazuje, ta informacja jest wyjątkowo przydatna. 10 minut później znajdujemy dwa skorpiony w pokoju dziecięcym. Agata, pełna opanowania, zabija je klapkiem. Syrena nie jest potrzebna!
Od tej chwili wprowadzamy bezwzględny nakaz chodzenia po domku w klapkach.
Witamy w Afryce!

Jezioro Malawi – prawie jak morze
Dopiero następnego ranka widzimy, gdzie właściwie przyjechaliśmy.
Jezioro Malawi robi niesamowite wrażenie. Jest trzecim co do wielkości jeziorem Afryki pod względem powierzchni i ciągnie się przez około 580 kilometrów. Jest stosunkowo wąskie, ale jednocześnie tak długie, że bardziej przypomina morze niż jezioro.
Woda jest niezwykle przejrzysta. Ponadto jezioro słynie z ogromnej różnorodności ryb. Żyją tu setki gatunków pielęgnic, z których zdecydowana większość jest endemiczna. Oznacza to, że nie występują naturalnie nigdzie indziej na świecie.
Podczas śniadania Clayton robi nam szybki briefing. Opowiada zarówno o dostępnych atrakcjach, jak i o lokalnych zagrożeniach.
Oprócz wspomnianych już skorpionów dowiadujemy się, że nocą i wcześnie rano lepiej nie spacerować samotnie po plaży.
Powód?
Krokodyle.
Teren lodge jest regularnie monitorowany przez pracowników. Podobno krokodyle pojawiają się tutaj bardzo sporadycznie, ale… były widziane.
Dobrze wiedzieć.
Co robić nad jeziorem Malawi?
Z dostępnych atrakcji wybieramy wieczorny rejs tradycyjną łodzią dhaw, około 45-minutową wędrówkę po okolicznych wzgórzach oraz kajaki.
Szczególnie ciekawy okazuje się rejs. Z perspektywy jeziora możemy obserwować codzienne życie mieszkańców Malawi. Ludzie kąpią się w wodzie i piorą ubrania. Tymczasem dzieci bawią się na brzegu, a rybacy wypływają na połów.
Jezioro Malawi nie jest więc tutaj tylko atrakcją turystyczną. Dla mieszkańców okolicznych wiosek stanowi po prostu część codziennego życia.
Mila i instrukcja ucieczki przed krokodylem
Nasze dzieci spędzają sporo czasu, bawiąc się z Milą. Dziewczynka ma siedem lat, uczy się zdalnie i dlatego rzadko ma kontakt z innymi dziećmi.
Większość gości Pumulani Lodge to dojrzali Europejczycy 🙂 Natomiast rodziny z dziećmi pojawiają się podobno średnio raz w miesiącu. Nic więc dziwnego, że Mila jest zachwycona towarzystwem.
Dziewczynka oprowadza nas po okolicy. Pokazuje między innymi młodego krokodyla, który mieszka w małym stawie około.. 30 metrów od restauracji. Ot tak.. sobie mieszka, płotków nie ma.
Mila szkoło Olafa i Gucia, jak należy uciekać przed goniącym krokodylem. Wiecie jak? Zygzakiem!
Wiedza, której zdecydowanie nie zdobywa się w warszawskiej szkole 🙂
Jak się okazuje, Mila wraz z rodzicami mieszka w Malawi dopiero od czterech miesięcy. Z ich perspektywy jest tutaj bezpiecznie, bo są tylko krokodyle, skorpiony i malaria. Wcześniej rodzina mieszkała między innymi w parkach narodowych w Angoli i Zambii, gdzie dzikich zwierząt oraz związanych z nimi zagrożeń było znacznie więcej.
A Olaf.. ćwiczy Moonwalk!




Malawi – Ciepłe Serce Afryki
Malawi należy do najbiedniejszych krajów świata. Jednocześnie ludzie, których spotykamy, są niezwykle otwarci, uśmiechnięci i życzliwi.
Nie bez powodu Malawi nazywane jest „Ciepłym Sercem Afryki”.
Mamy okazję przekonać się o tym kilkukrotnie. Zarówno na granicy, jak i podczas kontroli policyjnych ludzie uśmiechają się do nas, pozdrawiają i próbują nawiązać rozmowę.
Co więcej, podczas naszej podróży czujemy się tutaj bezpiecznie. Z punktu widzenia turysty znacznie większym wyzwaniem okazuje się infrastruktura. Problemem są przede wszystkim fatalny stan części dróg, ogromne odległości oraz ograniczona liczba dogodnych połączeń lotniczych.
A szkoda, ponieważ Malawi ma naprawdę dużo do zaoferowania. Oprócz spektakularnego jeziora znajdują się tu parki narodowe, rezerwaty dzikich zwierząt oraz góry. Do tego można znaleźć kilka naprawdę pięknie położonych lodgy.













Ostatnia niespodzianka, czyli nocna podróż do Lilongwe
Ostatniego dnia naszego pobytu w Malawi dostajemy wiadomość, że lot ze stolicy kraju, Lilongwe, do Johannesburga został anulowany.
Linia lotnicza proponuje nam alternatywę: lot o 8.00 rano następnego dnia, zamiast wylot o 17tej tego dnja.
Jest godzina 18.00.
Z Pumulani Lodge na lotnisko w Lilongwe jedzie się około 5-6 godzin.
Najpierw próbujemy znaleźć inny lot. Szybko jednak okazuje się, że nie mamy specjalnego wyboru. Podejmujemy więc decyzję: organizujemy kierowcę, próbujemy przespać kilka godzin i o 1.00 w nocy ruszamy w stronę lotniska.
Nasz kierowca okazuje się bardzo rozmowny i bystry. Po drodze opowiada nam sporo o życiu w Malawi. Jednocześnie świetnie orientuje się w tym, co dzieje się na świecie. Rozmowa jest naprawdę ciekawa, chociaż o tej porze coraz trudniej utrzymać nam otwarte oczy.
Dzieciaki przesypiają praktycznie całą podróż. Nam natomiast udaje się zasnąć dopiero pod koniec.
Około 6.30 rano docieramy na lotnisko w Lilongwe. Na szczęście bez problemu nadajemy bagaże i chwilę później lecimy do RPA.



Czy warto pojechać do Malawi?
Z Malawi wyjeżdżamy z bardzo pozytywnymi wrażeniami.
Z jednej strony nie jest to najłatwiejszy kraj do podróżowania. Drogi bywają fatalne, dotarcie z jednego miejsca do drugiego zajmuje mnóstwo czasu, a logistyka potrafi zmienić się z godziny na godzinę.
Z drugiej strony właśnie tutaj mamy poczucie, że zobaczyliśmy trochę inną Afrykę. Mniej turystyczną, bardziej surową i momentami zupełnie nieprzewidywalną.
Przede wszystkim spotkaliśmy jednak niezwykle sympatycznych i otwartych ludzi. Do tego jezioro Malawi okazało się jednym z najpiękniejszych miejsc na naszej trasie.
Jedyne, czego żałujemy, to że zabrakło nam czasu na południe kraju i tamtejsze parki narodowe.
Ale może to nawet dobrze.
Będzie powód, żeby wrócić do Malawi!
numer telefonu/ WhatsApp do Edgara, naszego kierowcy w Malawi: +265 885 25 63 48. Edgar ma kilka aut które jeżdżą po kraju, ale przejazd z nim to czysta przyjemność – pięknym angielskim opowie więcej o Malawi niż niejeden przewodnik!



Przepiekne zdjecia i opis podrozy Duzo wrazen!! Podziwiam za odwage Was i chlopcow Prawdziwi podroznicy Calusy dla wszystkich