Tak, istnieje. I nie, to nie jest nazwa statku Kolumba ani zagubiona lekcja geografii.
Z Libreville wylatujemy rano do São Tomé i Príncipe – małego, osobnego państwa na Atlantyku, byłej kolonii portugalskiej. Po polsku kraj nazywa się Wyspa Świętego Tomasza i Książęca. Po niecałej godzinie lotu lądujemy w stolicy, São Tomé.
Na start same dobre wiadomości:
- wiz brak (do 2 tygodni),
- opłaty wjazdowej też brak, choć miała być (hallelujah!),
- temperatura: ~30°C i wilgotność jak w saunie 😉
Na lotnisku odbiera nas busik do hotelu Pestana São Tomé – 20 minut jazdy i jesteśmy na miejscu.
Pierwsze wrażenia: Karaiby, ale budżetowe
Wyspa od razu kojarzy nam się z mniej rozwiniętą wersją Karaibów – coś jak Dominika (o której już kiedyś pisaliśmy 👉 https://totutotam.blog/karaibski-island-usa-hopping/dzika-dominika/
Hotel Pestana Sao Tome:
- basen ✔️
- kamienista plaża ✔️
- standard dobry, ale bez efektu „wow”
Za to kolacja… maślana ryba, taka że palce same wchodzą do akcji. Po jedzeniu odsypiamy podróż, relaksujemy się i testujemy masaże (badania naukowe potwierdzają: działa).


Stolica São Tomé – kolonialnie, pięknie i… trochę smutno
Popołudniu ruszamy na zwiedzanie centrum. W stolicy i okolicach mieszka większość z niespełna 200 tys. mieszkańców kraju.
Zaliczone:
- stara katedra (wchodzimy na wieżę bez pytania, bo czemu nie),
- parlament,
- pałac prezydencki.
Zabudowa typowo kolonialna – miejscami zadbana, miejscami tak zapuszczona, że aż boli. Trudno utrzymać kraj, który żyje głównie z ryb, owoców, oleju palmowego i odrobiny turystyki. Od niepodległości w 1974 roku nie jest tu łatwo.
Wieczorem kolacja i drinki w lokalnej knajpie – rewelacja. Jedzenie? Proste, świeże i bardzo smaczne.

Jeepem przez południe wyspy – prawdziwe São Tomé
Rano wypożyczamy dużego Jeepa 4×4 i jedziemy na południe.
Pierwszy przystanek: ruiny starego szpitala z 1917 roku (rozbudowanego w latach 40.). Kiedyś duma kolonii, dziś:
- częściowo mieszkania,
- częściowo ruina,
- w całości przygnębiająca.
Od razu otacza nas chmara lokalnych „przewodników” i mnóstwo dzieci. Obok – miasteczko wyglądające jak zamrożone w czasie na początku XX wieku, nadal normalnie zamieszkane. Idealna scenografia filmowa. I bardzo prawdziwy obraz biednego São Tomé.
Zgodnie z podróżniczą tradycją – rozdajemy gifty dzieciom.















Blowhole, ryż z fasolą i… skała jak z filmu
Kolejny hit to blowhole – plaża, gdzie fale „wybuchają” przez dziurę w skale.
Dzieci: zachwyt.
Rodzice: też zachwyt (tylko mniej skakania).
Lunch w restauracji z widokiem, z którego nie chce się wyjeżdżać. Jedzenie pyszne, choć lokalni mają jedną kulinarną miłość: ryż + fasola. Zawsze. Wszędzie.
Następnie, po kolejnej godzinie jazdy docieramy do gwiazdy programu:
Pico Cão Grande – monumentalnej, 600-metrowej skale wyrastającej z dżungli.
Jej historia? To dawny czop wulkaniczny z twardszej skały. Wulkan uległ erozji, a ona została. Efekt jest spektakularny – trochę jak Pitons na Saint Lucia. Więcej o tym tutaj: https://totutotam.blog/karaibski-island-usa-hopping/st-lucia-pitony-i-palmy/









Deszcz, burza i rajska plaża (czyli najlepszy moment dnia)
W drodze powrotnej Grzesiu namawia na zjazd na dziką plażę. Reszta ekipy sceptyczna – zaraz będzie padać.
I co?
- jest rajska plaża,
- zaczyna lać deszcz,
- woda ma 29–30°C i jest cieplejsza niż powietrze.
Dzieci szaleją w falach, my razem z nimi. Zostajemy do zmroku.
Wracamy w burzy takiej, że odcina prąd na południu wyspy. Widzimy nawet, który słup poległ w starciu z naturą.
Północ wyspy i plan B (czyli plaża)
W sobotę ruszamy na północ – plantacje, plaże, klasyk.
Po pół godzinie… zonk. Jedyna droga zasypana skałami po nocnej burzy.
Plan B?
Oczywiście: znajdujemy inną rajską plażę i korzystamy z życia.


Czy warto jechać na Wyspę Świętego Tomasza?
Wracamy do hotelu, pakowanie, basen dla dzieci i wieczorem lot przez Lizbonę do Warszawy.
São Tomé nas urzekło:
- piękne piaszczyste i kamieniste plaże,
- widoki jak z pocztówek,
- dżungla,
- świetne jedzenie,
- genialne towarzystwo.
⚠️ Tak, jest malaria i pewnie dobrze brać tabletki.
❤️ Mimo to śmiało polecamy.
Może kiedyś wrócimy – i polecimy dalej, na wyspę Príncipe.
AAA, no i Sao Tome to nasz kraj numer 150. Pozdrawiamy 😉

