São Tomé and Príncipe 1 lutego 2026

Tak, istnieje. I nie, to nie jest nazwa statku Kolumba ani zagubiona lekcja geografii.
Z Libreville wylatujemy rano do São Tomé i Príncipe – małego, osobnego państwa na Atlantyku, byłej kolonii portugalskiej. Po polsku kraj nazywa się Wyspa Świętego Tomasza i Książęca. Po niecałej godzinie lotu lądujemy w stolicy, São Tomé.

Na start same dobre wiadomości:

  • wiz brak (do 2 tygodni),
  • opłaty wjazdowej też brak, choć miała być (hallelujah!),
  • temperatura: ~30°C i wilgotność jak w saunie 😉

Na lotnisku odbiera nas busik do hotelu Pestana São Tomé – 20 minut jazdy i jesteśmy na miejscu.


Pierwsze wrażenia: Karaiby, ale budżetowe

Wyspa od razu kojarzy nam się z mniej rozwiniętą wersją Karaibów – coś jak Dominika (o której już kiedyś pisaliśmy 👉 https://totutotam.blog/karaibski-island-usa-hopping/dzika-dominika/

Hotel Pestana Sao Tome:

  • basen ✔️
  • kamienista plaża ✔️
  • standard dobry, ale bez efektu „wow”

Za to kolacja… maślana ryba, taka że palce same wchodzą do akcji. Po jedzeniu odsypiamy podróż, relaksujemy się i testujemy masaże (badania naukowe potwierdzają: działa).


Stolica São Tomé – kolonialnie, pięknie i… trochę smutno

Popołudniu ruszamy na zwiedzanie centrum. W stolicy i okolicach mieszka większość z niespełna 200 tys. mieszkańców kraju.

Zaliczone:

  • stara katedra (wchodzimy na wieżę bez pytania, bo czemu nie),
  • parlament,
  • pałac prezydencki.

Zabudowa typowo kolonialna – miejscami zadbana, miejscami tak zapuszczona, że aż boli. Trudno utrzymać kraj, który żyje głównie z ryb, owoców, oleju palmowego i odrobiny turystyki. Od niepodległości w 1974 roku nie jest tu łatwo.

Wieczorem kolacja i drinki w lokalnej knajpie – rewelacja. Jedzenie? Proste, świeże i bardzo smaczne.


Jeepem przez południe wyspy – prawdziwe São Tomé

Rano wypożyczamy dużego Jeepa 4×4 i jedziemy na południe.

Pierwszy przystanek: ruiny starego szpitala z 1917 roku (rozbudowanego w latach 40.). Kiedyś duma kolonii, dziś:

  • częściowo mieszkania,
  • częściowo ruina,
  • w całości przygnębiająca.

Od razu otacza nas chmara lokalnych „przewodników” i mnóstwo dzieci. Obok – miasteczko wyglądające jak zamrożone w czasie na początku XX wieku, nadal normalnie zamieszkane. Idealna scenografia filmowa. I bardzo prawdziwy obraz biednego São Tomé.

Zgodnie z podróżniczą tradycją – rozdajemy gifty dzieciom.


Blowhole, ryż z fasolą i… skała jak z filmu

Kolejny hit to blowhole – plaża, gdzie fale „wybuchają” przez dziurę w skale.
Dzieci: zachwyt.
Rodzice: też zachwyt (tylko mniej skakania).

Lunch w restauracji z widokiem, z którego nie chce się wyjeżdżać. Jedzenie pyszne, choć lokalni mają jedną kulinarną miłość: ryż + fasola. Zawsze. Wszędzie.

Następnie, po kolejnej godzinie jazdy docieramy do gwiazdy programu:
Pico Cão Grande – monumentalnej, 600-metrowej skale wyrastającej z dżungli.

Jej historia? To dawny czop wulkaniczny z twardszej skały. Wulkan uległ erozji, a ona została. Efekt jest spektakularny – trochę jak Pitons na Saint Lucia. Więcej o tym tutaj: https://totutotam.blog/karaibski-island-usa-hopping/st-lucia-pitony-i-palmy/


Deszcz, burza i rajska plaża (czyli najlepszy moment dnia)

W drodze powrotnej Grzesiu namawia na zjazd na dziką plażę. Reszta ekipy sceptyczna – zaraz będzie padać.

I co?

  • jest rajska plaża,
  • zaczyna lać deszcz,
  • woda ma 29–30°C i jest cieplejsza niż powietrze.

Dzieci szaleją w falach, my razem z nimi. Zostajemy do zmroku.

Wracamy w burzy takiej, że odcina prąd na południu wyspy. Widzimy nawet, który słup poległ w starciu z naturą.


Północ wyspy i plan B (czyli plaża)

W sobotę ruszamy na północ – plantacje, plaże, klasyk.
Po pół godzinie… zonk. Jedyna droga zasypana skałami po nocnej burzy.

Plan B?
Oczywiście: znajdujemy inną rajską plażę i korzystamy z życia.


Czy warto jechać na Wyspę Świętego Tomasza?

Wracamy do hotelu, pakowanie, basen dla dzieci i wieczorem lot przez Lizbonę do Warszawy.

São Tomé nas urzekło:

  • piękne piaszczyste i kamieniste plaże,
  • widoki jak z pocztówek,
  • dżungla,
  • świetne jedzenie,
  • genialne towarzystwo.

⚠️ Tak, jest malaria i pewnie dobrze brać tabletki.
❤️ Mimo to śmiało polecamy.

Może kiedyś wrócimy – i polecimy dalej, na wyspę Príncipe.

AAA, no i Sao Tome to nasz kraj numer 150. Pozdrawiamy 😉

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Inne wpisy z podróży

W końcu w Gabonie — ekspresowy przystanek w Libreville

Po tygodniach walki z wizą w końcu lądujemy w Libreville. Krótki, barwny przegląd miasta, muzeów, kontrastów i planu dalszej podróży.

Czytaj dalej

Addis Ababa – nieplanowany przystanek w Etiopii

Nieplanowany postój w Addis Ababie zamienił się w niesamowitą przygodę. Muzea, historia Etiopii, Park Entoto i widoki z 49. piętra – sprawdź, co zobaczyć w stolicy Etiopii!

Czytaj dalej
Back to top