Ho Chi Minh City po 14 latach – czy Wietnam się „ucywilizował”?
Sajgon (Ho Chi Minh City) wita nas wieczorem i… od razu testuje naszą odporność. Dosłownie. Przylatujemy liniami AirCambodia, a zaraz po lądowaniu Cypriana dopada ostre zatrucie pokarmowe. Szczegółów oszczędzimy (żołądek też), ale zdradzimy, że większość akcji rozgrywa się w kolejce do kontroli paszportowej.
Pasażerowie trzymają dystans. Być może myślą, że to wirus z Wuhan. My wiemy jedno: to Wietnam przywitał nas z rozmachem.
Sajgon kiedyś i dziś – powrót po 14 latach
W Sajgonie byliśmy już 14 lat temu, wpadając tu na weekend w czasach mieszkania w Singapurze. Jeśli ktoś chce poczuć klimat tamtej podróży, zapraszamy do wpisu:
https://totutotam.blog/pod-lupa/ale-sajgon/
Dziś miasto oficjalnie nazywa się Ho Chi Minh City – tak ochrzczono je po 1975 roku, po klęsce Amerykanów w Wietnamie. Ale spokojnie: duch Sajgonu wciąż tu jest. Tylko… bardziej ogarnięty.
Już przejazd do hotelu robi wrażenie. Jest czysto, jest ładnie, a chaos – jakby kontrolowany. Obok hotelu (Marriott Opera) stoi katedra cała w lampkach!

Zwiedzanie Sajgonu i… wysokie klimaty kulinarne
Rano ruszamy zwiedzać miasto. Po śniadaniu kierunek: Pałac Niepodległości – dawna siedziba partii i prezydenta. Wnętrza z lat 70. robią ogromne wrażenie. Co więcej: część designu spokojnie mogłaby dziś trafić do katalogu wnętrzarskiego. Vintage level: mistrz.
Następnie stara poczta, wyglądająca jak żywcem przeniesiona z początku XX wieku. Tuż obok Book Street – klimatyczna uliczka pełna księgarni i pamiątek. Mała, urocza i bardzo „instagramowa”.
Po drodze zahaczamy o jeden z największych targów w mieście. Tu następuje moment logistycznego mistrzostwa:
Basia, mama Cypriana (pozdrawiamy!), wysyła instrukcję zakupu herbaty. Ze zdjęciem liści. I linijką. Takiej precyzji nie powstydziłby się inżynier NASA.







Sajgon z góry – kolacja na 52. piętrze
Popoludniu m spontaniczna decyzja: kolacja na 52. piętrze jednego z sajgońskich drapaczy chmur. Restauracja Sense – zdecydowanie polecamy. Widok? Kosmos. Jedzenie? Również. Bonus: okazuje się, że byli tu też Artur i Teresita (pozdrawiamy – Sajgon jest mały).





Delta Mekongu – tu czas stoi w miejscu
Kolejny dzień to wycieczka do Delty Mekongu. I tu niespodzianka: nic się nie zmieniło. Serio.
Scenariusz identyczny jak 14 lat temu:
- przeprawa łódką na jedną z wysepek,
- fabryka cukierków,
- rejs wąskim kanałem (obowiązkowo w tradycyjnych wietnamskich kapeluszach),
- obiad – ryba z Mekongu (nie świeciła w dzień, ale w nocy… możliwe),
- przejażdżka rowerowa po wyspie zamieszkałej przez ok. 3 tys. osób.
Powrót pod wieczór. Zmęczeni, ale zadowoleni.









Sajgon nocą – akwaria, drinki i szok kulturowy
Po powrocie z wycieczki Tomek i Cyprian wychodzą „zamówić pranie”. Prania nie zamawiają. Wracają za to uchachani, bo trafiają do dzielnicy uciech. Wąskie, ciemne uliczki, domy publiczne pod przykrywką masażu – jakby czas zatrzymał się 100 lat temu.
Wieczorem kolacja w restauracji seafood obok hotelu. Największe akwaria, jakie widzieliśmy w restauracji. Wybierasz zwierzę, ono znika, wraca w innej formie. Świeżość: level Wietnam.
Na koniec wieczoru drinki na ulicy zabaw i uciech. Kluby, głośna muzyka, dziewczyny na ulicach.
Nasze dzieci są w szoku, że tak wyglądają „imprezy”.




Czy w Sajgonie jest jeszcze sajgon?
Krótka odpowiedź: coraz mniej.
Dłuższa: Ho Chi Minh City jest dziś czystsze, bardziej uporządkowane i zaskakująco przyjazne. Chaos nadal istnieje, ale jakby po kursie zarządzania.
Rano wylot VietJetAir na Phuket. A Sajgon? Zostaje w głowie jako miasto, które bardzo się zmieniło – i chyba na dobre.




