Do Bangkoku wróciliśmy po ponad dekadzie. Ostatni raz byliśmy tu w 2012 roku – bez dzieci, bez szpitalnych przygód i z energią, której dziś używamy do pakowania.. plecaków szkolnych.
Tamten Bangkok opisaliśmy kiedyś tutaj 👉
https://totutotam.blog/pod-lupa/bangkok-czyli-wspolczesna-sodoma-i-gomora-z-pieknymi-swiatyniami/
Tym razem miasto przywitało nas… jak Bangkok. Intensywnie. Bez ostrzeżenia. I dokładnie za to je kochamy.
Bangkok: 5-gwiazdkowy szpital i szybka operacja
Do Bangkoku przylatujemy z Phuket w lekkim stresie (czytaj: nie wiadomo jak będzie dalej..)
Agatę od dwóch dni mocno boli brzuch. Badania robione jeszcze na Phuket… a my nawet nie zdążyliśmy odebrać wyników, bo ze szpitala pojechaliśmy prosto na lotnisko.
Na szczęście mamy Domi i Cypriana, którzy ogarniają dzieci – a to w takich momentach jest bezcenne.
Po lądowaniu jedziemy prosto do prywatnego Bangkok Hospital. Wyniki z Phuket dochodzą, tomografia w 20 minut od wejścia do szpitala (TAK, DWADZIEŚCIA), decyzja: natychmiastowa operacja.
Standard szpitala?
Krótko: w Polsce takich nie ma. Jak hotel 5*, profesjonalizm, perfekcyjna organizacja. Operacja, a potem trzy dni rekonwalescencji. Nie było łatwo, ale warunki – absolutnie top.
Sukhumvit, hotel w dzielnicy uciech i Bangkok, który wystrzelił w kosmos
W międzyczasie Tomek z dziećmi oraz Domi i Cyprian meldują się w hotelu Aloft, w dzielnicy Sukhumvit.
Dopiero na miejscu odkrywamy, że to epicentrum nocnego życia Bangkoku. Ups.
Sama Sukhumvit?
Luksusowe sklepy, bieda, świątynie, street food, drapacze chmur i absolutne kontrasty. Bangkok zrobił gigantyczny skok cywilizacyjny od naszej ostatniej wizyty w 2012.
Tomek kursuje do szpitala skuterem Bolt (bo najszybciej), 1–2 razy dziennie. Stan Agaty po operacji się poprawia zgodnie z planem.
Po dwóch nocach zmieniamy hotel na klasykę gatunku – Royal Orchid Sheraton nad rzeką Chao Phraya.
Widoki? Drapacze chmur, łodzie, miasto, które nigdy nie zasypia.


Bangkok od kuchni: pływające targi, Sky Beach no i mamy Agatę z powrotem
Pływamy łodzią po kanałach – widzimy prawdziwy Bangkok, także ten biedniejszy, nie-instagramowy, ale bardzo autentyczny. Potem Tomek z Domi i dziećmi lokalna knajpa i najlepszy Pad Thai wyjazdu. Bez dyskusji.
Kolejnego dnia (jeszcze bez Agaty) robimy klasykę:
- Floating Market
- Train Market – targ, przez który przejeżdża pociąg, bo czemu nie
Wynajęty luksusowy bus z LED-ami, głośnikami i klimatem disco wozi nas cały dzień za… 130 zł. Bangkok cenowo nadal potrafi miło zaskoczyć.
Agata wychodzi ze szpitala w poniedziałek wieczorem.
Osłabiona, „minus jeden organ”, ale w dobrej formie. No i kilka kg w dół przez restrykcyjną dietę po usunięciu woreczka zółciowego.
Nocą Bangkok wygląda najlepiej. No i z góry to już w ogóle sztos.
Neony, podświetlone wieżowce, restauracyjne statki sunące po rzece. Nie ma klasycznego downtown – jest chaos w najlepszym wydaniu.
Dzielimy się na dwie ekipy:
- Domi i Cyprian zaliczają Grand Palace i świątynię Wat Pho
- My eksplorujemy ICONSIAM – centrum handlowe wielkości małego miasta
Wieczorem wszyscy spotykamy się na Sky Beach (79. piętro), gdzie widoki są kosmiczne, a drink w ręce. Przeszklona podłoga z widokiem ponad 300m w dół? Tomek rezygnuje z tej atrakcjii (lęk wysokości), dzieci – zero mrugnięcia okiem. Zachód słońca? Absolutny sztos.






















Najpiękniejszy hotel w Bangkoku
Kolejny dzień = niespodzianka od Tomka.
Przeprowadzka do The Ritz-Carlton Bangkok przy Lumpini Park.
Wnętrza dopracowane do granic absurdu. Inspiracje do naszego domu zbieramy hurtowo.
Następnie:
- Jim Thompson House Museum – historia, design, klimat
- Pożegnanie z Domi i Cyprianem, którzy wracają do Polski – chlip, chlip…
- My zostajemy – rekonwalescencja Agaty trwa.




Chinatown, tuk-tuki i… złe lotnisko
Chinatown Bangkok to chaos level: expert.
Neony, stragany, tłumy i w końcu… tajskie lody, na które polowaliśmy od początku wyjazdu (łatwiej je znaleźć w Polsce, serio).
Na koniec dnia – przejażdżka tuk-tukiem do Ritz-Carltona. Luksus + chaos = idealne zamknięcie dnia.
W piątek Tomek z dziećmi lecą do Europy, bo już w sobotę zaczynamy obóz narciarski we Włoszech. Agata zostaje jeszcze na rekonwalescencji w Bangkoku. W drodze na lotnisko… klasyk:
- złe lotnisko (Bolt wybral inne lotnisko),
- orientujemy się dopiero na złym lotnisku, że jesteśmy.. na złym lotnisku
- GPS pokazujący przyjazd na główne lotnisko 7 minut po zamknięciu check-in,
- Po nerwowym przejeździe: Check in zamknięty, ale Tomek znajduje ekipę i namawia do otwarcia check-in
- cud, chłopcy lecą 😉 Walizki nadane 10 minut po czasie. Udało się.



Bangkok solo – Agata w wersji „lambadziara light”
Agata zostaje sama w Bangkoku na 5 dni.
Trochę jak za dawnych lat – tylko z dietą i bez szaleństw 😉
Dzięki rekomendacjom znajomej Polki (dzięki Kasiu!) mieszkającej w Bangkoku plan jest prosty:
2 atrakcje dziennie + miasto + jedzenie + klimat.
Najlepsze miejsca:
- Benjakitti Park
- Pak Khlong Talat + Napasorn Cafe
- Dusit Central Park (golden hour!)
- Zachód słońca przy Wat Arun
- Talad Noi i Song Wat
- Mandarin Oriental (dla samego klimatu)
- Muzeum Siam, Grand Palace, rejs po rzece
- Food courty i ogrody w centrach handlowych
Czy Bangkok jest piękny? Nie. Czy jest fascynujący? Bardzo.
Bangkok nie jest klasycznie pięknym miastem.
Jest intensywny, kontrastowy i absolutnie nieprzewidywalny.
Luksus miesza się z biedą. Drapacze chmur z plątaniną kabli.
Jedzenie jest wszędzie. Ludzie są mili. Miasto żyje własnym rytmem.
Czy warto? Zdecydowanie tak.
Czekamy już na bezpośrednie loty z Warszawy (od jesieni 2026) do tego kosmicznego miasta.
10 dni po operacji, po sprawdzeniu przez lekarza, Agata wraca do Warszawy.. gdzie odpocznie 3 noce przed kolejną eskapadą… w dzikie rejony Afryki 😉




